Wartość polskich menadżerów

str-25-zbigniew-jagiello

Prawdą, ale i nieprawdą (nie chcę, ale muszę) jest twierdzenie, że firma warta jest tyle, co jej szef. Nie chodzi oczywiście o wartość materialną szefa, bo trudno osobę jako taką wycenić w złotówkach czy dolarach. Chodzi przede wszystkim o intelektualną wartość takiej osoby, jej zdolności organizacyjne, menedżerskie w kierowaniu firmą. Ale im większa firma, tym jej uzależnienie od tego, że szefem jest Kowalski, a nie Zabłocki jest mniejsze. W przypadku firm małych i średnich zmiana na stanowisku szefa może rzeczywiście pogrążyć firmę, jeśli zacznie nią kierować nieudacznik, w przypadku firm dużych zagrożenia takiego nie ma.

Chyba, że na jej czele stanie człowiek, który objął to stanowisko z zamiarem doprowadzenia do upadłości przedsiębiorstwa albo też zadanie takie do wykonania otrzymał. W pierwszym okresie wolnej Polski po roku 1989 takie sytuacje się zdarzały. To były lata masowej prywatyzacji państwowych przedsiębiorstw, po które ustawiały się kolejki chętnych. Chętni zaś chcieli je kupić za jak najmniejsze pieniądze. Aby osiągnąć cel, na czele firmy stawiano więc albo nieświadomego istoty rzeczy nieudacznika, ale częściej swojego człowieka, który miał doprowadzić firmę na skraj upadłości. Firmę w fatalnej sytuacji finansowej kupowało się za przysłowiową czapkę śliwek. I potem, w ciągu nawet tylko kilkunastu miesięcy, firma stawała na nogi. Cała ta machinacja była skoordynowanym działaniem cynicznych cwaniaków, ludzi zbliżonych do kręgów ówczesnej władzy i dziś można wskazać sporo wartościowych firm, które powstały z takiego otóż niebytu, a teraz doskonale sobie radzą. Ale to tak na marginesie, aby ukazać, że jeśli jest wola (na przykład polityczna) to można firmę zdołować. W obecnej jednak epoce mało jest cytowanych wyżej przypadków, zdecydowanie natomiast więcej mamy przykładów firm dobrze zarządzanych, rozwijających się i z dobrymi perspektywami na przyszłość. Na ich czele stoją zazwyczaj (bo nie zawsze) świetnie wykształceni fachowcy, toteż kondycję firm wiąże się z ich szefami.

Firmy doradcze i konsultingowe przedstawiają od czasu do czasu rankingi managerów wyceniając ich wartość w pieniądzu. Dosyć to karkołomne przedsięwzięcie, bo nie zawsze kryterium, na podstawie którego dokonywano oceny podąża za rzeczywistością. Ogólnie rzecz biorąc owa wycena dotyczy tego, ile straciłaby na wartości dana spółka, gdyby jej szef odszedł ze stanowiska. Firma Martis Consulting Top 30 dokonała ostatniej takiej wyceny polskich managerów spółek notowanych na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych. Zrobiła to w oparciu o 3 kryteria. Po pierwsze brano pod uwagę dynamikę zmiany kursu akcji w przyjętym okresie, dynamikę zmiany EBITDA na koniec 2016 r. (EBITDA to – zysk operacyjny przedsiębiorstwa przed potrąceniem odsetek od zaciągniętych zobowiązań oprocentowanych, podatków, amortyzacji wartości niematerialnych i prawnych oraz amortyzacji rzeczowych aktywów trwałych) oraz ekspercką ocenę kompetencji, umiejętności i doświadczenia wycenianych prezesów. W oparciu o te kryteria ustalono 30 najcenniejszych prezesów polskich spółek giełdowych.

Prezesem o największej wartości okazał się Zbigniew Jagiełło, szef banku PKO BP. Gdyby odszedł ze stanowiska wartość giełdowa spółki spadłaby o 521 mln zł. Na drugim miejscu ulokowano Wojciecha Jasińskiego, prezesa polskiego giganta naftowego PKN Orlen. Uznano, że gdyby odszedł ze stanowiska to wartość giełdowa PKN Orlen zmalałaby o 513 mln zł. Ale… Wojciech Jasiński nigdy w życiu nie był managerem, był natomiast partyjnym aparatczykiem PiS, i jako taki posadzony został na stołku szefa jednej z najbogatszych firm w Polsce. Jest więc klasycznym przykładem, że jeśli duża firma ma na stanowisku nie menadżera, a figuranta to i tak niewiele jej grozi, ponieważ jej potencjał kadrowy jest na tyle wartościowy, że zniweluje niekompetencje szefa.

Na trzecim miejscu Martis Consulting Top 30 ulokowała Brunona Bartkiewicza, szefa ING Banku Śląskiego, wyceniając go na 307 mln zł, następnie Piotra Woźniaka z Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa (228 mln zł) i szefa mBanku, Cezarego Stypułkowskiego (203 mln zł).

Za wyjątkiem MBanku (większość jego akcji posiada drugi pod względem wielkości bank niemiecki, czyli Commerzbank) oraz ING Banku Śląskiego (większość udziałów ma holenderska ING Groep) trzej najcenniejsi szefowie stoją na czele spółek, w których Skarb Państwa posiada większość udziałów. Są to więc de facto firmy państwowe, czyli zależne od decyzji polityków, najczęściej takich , jak na przykład Jarosław Kaczyński, który o zarządzaniu przedsiębiorstwem nie ma zielonego pojęcia.

Pierwszą prywatną firmą z prawdziwego zdarzenia, której szefa wyceniono w tym rankingu jest CCC. To firma stworzona przez Dariusza Miłka, ma ponad 1500 sklepów z obuwiem w całej Europie. I to właśnie Dariusz Milek jest tej firmy najcenniejszym walorem. Twórcy rankingu uznali, że gdyby Dariusz Milek odszedł z CCC wycena giełdowa firmy spadłaby o 155 mln zł. Moim prywatnym zdaniem byłoby to znacznie, ale to znacznie więcej.

Na 7 miejscu, tuż za szefem CCC, ulokowano Marka Piechockiego, szefa grupy LPP, największego polskiego producenta odzieży. Grupę tworzą m.in. marki Reserved, House, Cropp, Mohito i Sinsay. Podobnie jak CCC jest zmaterializowaniem się wizji Dariusza Milka, tak LPP jest dzieckiem Marka Piechockiego. W przypadku obu firm odejście z nich ich twórców odbiłoby się, oczywiście zdaniem piszącego te słowa, znacznie większą utratą wartości niż przypisuje to im Martis Consuliting Top 30. W przypadku Marka Piechockiego wycena ta opiewa na 125 mln zł.

Ósmy na liście rankingu jest Tobias Solorz zarządzający Cyfrowym Polsatem (103 mln zł), na dziewiątym Jorge Joa Bras, szef Banku Millenium (97 mln zł), a pierwszą „10” zamyka Henryk Baranowski zarządzający Polską Grupą Energetyczną (91 mln zł).

To co uderza w oczy przy wnikliwej analizie trzydziestu najcenniejszych polskich managerów, to przede wszystkim brak na tej liście kobiet. Nie ma ani jednej nawet. Po drugie, dopiero 22 miejsce szefa pierwszej w rankingu firmy informatycznej. Adam Góral, szef Asseco Poland, został wyceniony na ledwie 30 mln zł, a to ilustruje zarówno jego wartość jako szefa firmy, jak i niewielki wpływ na standing Asseco jego ewentualnego z niej odejścia.

Łączna wartość 30 najcenniejszych managerów opiewa na ok. 3,1 mld zł. Gdy Steve Jobs rezygnował w roku 2011 ze stanowiska dyrektora generalnego Apple, przełożyło się to na spadek wartości giełdowej firmy o 5,1 procent, czyli o 17,7 miliardów dolarów. To około… 66 miliardów złotych!!!

Ten jeden tylko przykład chyba wystarczająco wiele mówi o wartości polskiej gospodarki i jej managemencie.

Hieronim Lubartowski