Wirus zaatakował ropę naftową

11.03.2018 Warszawa, N/Z tankowanie  Fot. Grzegorz Banaszak/REPORTER

Alkoholik potrzebuje dla swojej egzystencji codziennej dawki alkoholu, światowa gospodarka  nieco ponad 100 lat temu zaczęła się uzależniać od ropy naftowej i od tego czasu nie jest w stanie z tego nałogu się wyleczyć. Gorzej – pozbawienie jej dziś tego surowca byłoby równoznaczne z zagładą. Kilka krajów posiadających na swoim terytorium bogate zasoby ropy zbudowało na tym surowcu ogromne bogactwo. W wielu przypadkach wręcz niewyobrażalne, jak na przykład w Arabia Saudyjska. Kondycja gospodarcza wielu innych krajów też jest w ogromnej mierze uzależniona od ropy. Takim przykładem jest Rosja – kraj całkowicie zależny od eksportu surowców, wśród których ropa naftowa stanowi kluczową pozycję w budżecie tego państwa. Konkretnie zaś nie sama ropa lecz jej ceny. Im wyższe ceny ropy, tym budżety tych państw mają się lepiej, im niższe, tym gorzej.

I tak na przykład budżet Arabii Saudyjskiej został skonstruowany w oparciu o cenę ropy wynoszącą 80 dol. za baryłkę, natomiast Rosjanie, doświadczeni wahaniami cen ropy w latach poprzednich, skalkulowali go ostrożnie zakładając, że jej cena nie spadnie poniżej 40 dol. za baryłkę.

Jedne i drugie kalkulacje były trafne dopóki za sprawą nie do końca dobrze termicznie przyrządzonego nietoperza, w organizmie pewnego Chińczyka nie pojawił się odzwierzęcy wirus, którego wirusolodzy zakodowali pod nazwą COVID-19. Tuszowane przez chińskie władze co najmniej przez miesiąc  rozprzestrzenianie się wirusa doprowadziło do wybuchu epidemii w jednej z chińskich prowincji, która błyskawicznie przekształciła się w pandemię ogarniającą cały świat. Wszędzie dokąd dotarła, rządy ogarniętych nią krajów wprowadzały i wprowadzają ostre restrykcje dotyczące przemieszczania się. Ulice miast pustoszeją, ludzie siedzą  w domach, ruch samochodowy zamiera, transport drogowy gwałtownie maleje, przemysł wyhamowuje, linie lotnicze tną drastycznie sieć połączeń, bo ludzie przestają podróżować. Paliwożerne branże musiały stracić apetyt i go straciły. Podaż na ropę naftową drastycznie zmalała i w konsekwencji gwałtownie spadła jej cena.

Gdy gospodarka światowa funkcjonuje bez zakłóceń, dzienny popyt na ropę naftową oscyluje na poziomie około 100 milionów baryłek dziennie. Jedna baryłka zawiera 159 litrów ropy, zaś jedna tona 6,84 baryłki. Epidemia w Chinach pociągnęła za sobą ograniczenia w komunikacji oraz w produkcji przemysłowej. Restrykcje spowodowały zmniejszenie zapotrzebowania tego kraju na ropę o 3,6 mln baryłek dziennie. Na przestrzeni wszystkich dni lutego popyt na ten surowiec zaczął maleć na całym świecie i wynosił 4,4 mln baryłek dziennie. Z chwilą, gdy pandemia zaczęła ogarniać cały świat, a rządy poszczególnych krajów wprowadzały restrykcje w przemieszczaniu się ludności, dalszy spadek cen był nie do uniknięcia.

W pierwszych kilku dniach marca giełdowa cena baryłki ropy utrzymywała się jeszcze na poziomie 55 dol. i szybko spadała, najpierw do 33 dol., potem 30 dol. i przyszedł dzień 9 marca, który nazwany został „czarnym poniedziałkiem” na rynku ropy. Cena baryłki spadła poniżej 20 dol. za baryłkę, potem nieco odbiła w górę, ale panika stała się już nieunikniona. Zaczęła się wyprzedaż akcji, która błyskawicznie przeniosła się także na notowania innych surowców. Ceny spadały i to tak drastycznie, że amerykańska giełda na Wall Street została zmuszona wstrzymać notowania akcji. Wyprzedaż  przeniosła się także na kontynent europejski, więc giełdy w Londynie i we Frankfurcie również zawiesiły n a jakiś czas notowania. Co ciekawe, spadać zaczęły także ceny złota, które w sytuacji zawirowań na światowych giełdach traktowane było zawsze jako pewna lokata kapitału. Ale nie tym razem.

Tydzień po „czarnym poniedziałku”, też w poniedziałek, ale 16 lutego, „pomarańczowy prezydent” USA, który dotychczas twierdził, że nie ma żadnej epidemii, jest tylko zwykła grypa, a pandemia to wymysł demokratów i żyjących z fakenewsów mediów,  nagle zmienił front o 180 stopni. Oświadczył, że nie wiadomo czy Ameryka poradzi sobie z epidemią nawet do sierpnia. To tylko pogorszyło sytuację na światowych giełdach.

Kraje produkujące ropę naftową próbują od dawna, dla własnego dobra oczywiście, kontrolować  jej ceny na światowych rynkach.  W tym celu 60 lat temu powołali w Bagdadzie Organizację Krajów Eksportujących Ropę Naftową (OPEC). Nie zrzesza ona wszystkich państw producentów. Jest ich w OPEC tylko 14. I nie ma w niej Rosji, która jest trzecim w gronie największych producentów tego surowca (Kanada jest czwarta, ale produkuje ponad połowę mniej ropy od Rosji). Potencjał wytwórczy wszystkich krajów OPEC stanowi 44 proc. światowego rynku, w tym na Arabię Saudyjską przypada 12,9 proc. Na Rosję niewiele mniej, bo 12,6 proc., natomiast liderem są USA, których wydobycie stanowi 15 proc. światowej produkcji. Udział Kanady to 5,7 proc. (dane za rok 2019).

W sytuacji, gdy spada cena ropy, każdy z jej producentów ma nieodpartą chęć natychmiastowego zwiększenia wydobycia, by ilością nadrobić utratę ceny. Jest też sposób odwrotny – ograniczenie wydobycia, by podaż surowca dostosować do zapotrzebowania, dzięki czemu można  w miarę skutecznie ograniczać straty spowodowane spadkiem ceny. Tak czy siak, producenci i tak stracą sporo pieniędzy, ale w tym drugim przypadku mniej i nie będą pozbywać się strategicznego dla świata surowca za bezcen. Logiczne więc, że producenci powinni przyjąć drugą opcję. Tyle tylko, że do tego potrzebne jest współdziałanie.

Arabia Saudyjska, która przewodzi OPEC, zaproponowała takie rozwiązanie krajom pozostającym poza strukturą tej organizacji, przede wszystkim Rosji, która potencjałem wydobywczym tylko nieznacznie ustępuje Arabii Saudyjskiej. Arabowie proponowali ograniczyć dzienne wydobycie o 1,5 mln baryłek, ale Rosjanie na to nie przystali. Władcy światowego rynku ropy opuścili więc Wiedeń (siedziba OOPEC) bez porozumienia. Saudyjczycy uznali brak zgody Rosji za wywołanie naftowej wojny. Oświadczyli, że będą pompować ze swoich złóż surowiec bez żadnych ograniczeń i zaleją świat tanią ropą, nawet jeśli będzie kosztować tylko 25 dol. za baryłkę. Rosjanie nie ulegli szantażowi, zapowiedzieli że przystają na te warunki, ponieważ od dawna przygotowywali się na taką sytuację. W tym celu utworzyli w czasach wysokich cen surowca Narodowy Fundusz Bogactwa, na którym zgromadzili wystarczająco dużo pieniędzy, by , jak twierdzą, ich krajowy budżet wytrzymał nawet 6 lat z niskimi cenami ropy na poziomie między 25 a 30 dol. za baryłkę. I wojna trwa.

Są jednak tacy, którzy twierdzą, że naftowa wojna ma wyrządzić największe szkody temu trzeciemu, czyli Amerykanom. Po opanowaniu otóż technologii produkcji ropy z łupków lider światowej gospodarki przepoczwarzył się bowiem z największego konsumenta ropy naftowej na największego jej producenta. I Saudyjczycy, i Rosjanie zorientowali się, że z chwilą gdy oni obniżają wydobycie, najlepiej wychodzą na tym właśnie Amerykanie, ponieważ rośnie wtedy ich udział w światowym rynku ropy. Kiedy natomiast obniżają ceny, to Amerykanie popadają w kłopoty.

Kłopot ten bierze się stąd, że wydobycie z łupków jest po pierwsze kosztowne, po drugie – większość ropy wydobywa się z takiego złoża w ciągu dwóch lat i trzeba inwestować pieniądze w kolejne odwierty. Jeśli cena surowca na światowych rynkach spada poniżej 40 dol. za baryłkę, finansowanie poszukiwań ropy w łupkach przestaje się opłacać. Utrzymywanie niskich cen, poniżej wspomnianych 40 dol. za baryłkę, może istotnie wyhamować amerykańskie wydobycie z łupków, bo trudno uwierzyć, by je całkowicie unicestwiło. Ameryka jest bowiem bogata, a Trump zapowiedział wspomożenie naftowego sektora w trudnych czasach i zapewne kraj ten przetrwa wojnę czy też,  jak chcą inni – zmowę Saudyjczyków i Rosjan.

Na razie mamy więc niskie ceny ropy, co niekoniecznie musi się przekładać na równie niskie ceny benzyny czy oleju napędowego, ponieważ ceny paliw nie zniżkują zgodnie z cenami ropy. W Polsce na przykład paliwa potaniały i to nawet znacząco, ale znacznie mniej niż potaniała ropa. W kraju nad Wisła połowę bowiem cen paliw tworzą podatki, które stanowią znaczącą kwotę w budżecie państwa.

Krzysztof Bardzik