Witaj szkoło

lady-bunia

OPOWIEŚCI LADY BUNII. Początek września zawsze kojarzy mi się ze szkołą. Z pierwszym dniem szkoły. Pamiętam jak dziś kiedy tato prowadził mnie za rękę. Szkoła była ogromna i tłumy, dosłownie tłumy wielkoludów podążały do szkoły. Chodnik był wąski, ciężko się było przecisnąć. Trzymałam taty rękę mocno, bałam się, że się zgubię w tym tłumie. W oczach dziecka wszystko było duże i przerażające tego dnia. Szkołę znałam, chodziła do niej starsza siostra, wiec bywałam w tym miejscu. Tego dnia jednak była potężna i obca. Jak to ze mną bywa, a właściwie to był chyba pierwszy raz, miałam jeden cel – zdążyć do toalety. Jedną ręką trzymałam tatę, a w drugiej papier toaletowy. Podświadomie wyczuwałam zagrożenie, bo jak to inaczej nazwać. W tym molochu miałam spędzić najbliższe osiem lat. Nie wiem jak mnie mama do tej szkoły zapisywała, ale okazało się, że trafiłam do klasy w której nikogo nie znam. Moje dzieci z przedszkola wszystkie były w klasie A, ja sierotka sama w C. To był prawdziwy szok! Nauczycielka też mi zdecydowanie nie przypadła do gustu, taka surowa i rozdarta. Moje dzieci miały panią, starszą z kokiem w kolorze ciepłego blondu, od tej kobiety biło babcine ciepło. Tak wyłam, że nie było rady musiało się znaleźć miejsce dla mnie w klasie A. Znalazło się. Z racji wzrostu posadzono mnie w ostatniej ławce, ponieważ doszłam ostatnia siedziałam sama. Nie miałam pary. Akurat to w niczym mi nie przeszkadzało. Więcej miejsca dla mnie. Pierwsze miesiące szkoły tak mama zorganizowała, że przyjechali z drugiego końca Polski jej rodzice. Babcia gotowała obiadki, dziadek zaprowadzał mnie do szkoły. Lekcje zaczynałam o 13.20, wiec babcia nakarmiła mnie obiadem przed wyjściem, zrobiła kanapki i herbatę do bidonu. Obowiązkowo była ściereczka i serwetka. Dziadek po drodze kupił mi pączka i krówki. Tak zaopatrzona przychodziłam do szkoły. Byłam bardzo grzecznym dzieckiem, siadałam cichutko w swojej ławce i kiedy dzieci zaczynały brać aktywny udział w lekcji, ja byłam zajęta zupełnie czymś innym. Z racji tej, że siedziałam sama, na siedzeniu obok siebie rozkładałam serwetkę, ściereczkę, rozwijałam bułkę i nalewalam do kubeczka herbaty…. Jak to dziecko byłam przekonana, że nikt nie widzi. Zapach kiełbasy z mojej bułki roznosił się po całej klasie. Czasem niefortunnie potracilam kubeczek i wylałam herbatę. Siedmiolatki to takie jeszcze trochę mało sprytne. Ja byłam grubcia i niezdara. Pani szybko się zorientowała i zdefiniowała moje poczynania mówiąc – Jola znowu otworzyła bufet! Na brak apetytu nie narzekałam. W drugiej klasie za nic w świecie nie mogłam się nauczyć nut. Zdegustowana po kolejnej dwói oznajmiłam pani od muzyki, że Chopina ze mnie nie zrobi. Nie da się i musi to zrozumieć! Na pierwsze wagary poszłam w drugiej klasie. Kuzyn Robciu mnie namówił, poszliśmy do waflarni jego mamy. No cóż zjeść lubiłam to i chętnie poszłam. W szkole ogólnie było fajnie tak do czwartej klasy. W czwartej klasie zaczął się koszmar, który prześladuje mnie do dziś. Koszmar mojej edukacji miał 150 cm wzrostu, okulary, loki ciemny blond, jeden srebrny ząb i uczył historii. O mój Panie Boże, ta mała drobna kobieta siała postrach na pół szkoły. Wszyscy się jej bali.To był żandarm nie kobieta. Zawsze przed lekcja stała w drzwiach klasopracowni ze wskaźnikiem w ręku. Nie prześlizgnął się na lekcje nikt bez obuwia zmiennego, dostawał wskaźnikiem po łapach bądź po garbie i po kapcie marsz! Nie było dyskusji. Na lekcji historii panowały żelazne zasady, siedzimy prosto, ręce z tylu za plecami, nie szuramy krzesłem, krzesło należało podnieść i przestawić, nie rzucamy długopisem na ławkę. Wszystko miało się odbywać bezszelestnie, bo nauczycielka dostawała szału. Już nie wiem co było gorsze – nauczycielka czy przedmiot. Jedno jest pewne z historii byłam tuman, to co nauczycielka mówiła jednym uchem mi wpadało, a drugim wypadało. Nie ważne jak bardzo się starałam, efekt był jeden – pała! Mogłam uczyć się trzy dni i jak wyszłam na środek klasy to nic nie wiedziałam. Bałam się tej kobiety panicznie, tego jej krzyku i wyzwisk. Moja siostra była na Olimpiadzie historycznej i to było najgorsze, ciągle słuchałam, jaka mam mądrą siostrę, a jaka ja głupia jestem. Wyzywanie od idiotek, tumanów i debili było na porządku dziennym. Kto tam kiedyś myślał, że nie wolno, że to przemoc. Człowiek bał się w domu przyznać, bo dopiero byłaby granda, że nauczycielki nie słucham. Nienawidzę historii po dziś dzień i do dziś śni mi się, że za chwilę zaczyna się lekcja, będę pytana, bo nie mam żadnej oceny. Mam 45 lat, podstawówkę skończyłam 31 lat temu, a kilka razy w roku budzę się z takiego snu, zlana potem ze strachu. Pamietam, kiedyś zobaczyłam nekrolog w gazecie, że ta pani zmarła. Odetchnęłam i jakiś czas miałam spokój, kilka dobrych lat, a potem koszmary senne wróciły. Gdyby nie ta historia i matma z której jestem antytalent, byłoby całkiem fajnie. Pan z matematyki stawał na głowie, żeby mnie czegoś nauczyć. Niestety nie dało się. Może to dyskalkulia? Nie wiem. Pamietam jak ciagle się martwił, dziecko co ty będziesz w życiu robiła jak matematyki się nie nauczysz? Tłumaczył mi i tłumaczył po kilka razy po czym ręce mu opadały, kiedy zapytana czy teraz rozumiem, odpowiadałam zgodnie z prawdą: – Nie! – To ja cię dziecko nie potrafię nauczyć, mówił załamany.

Po latach odnalazłam go na Naszej Klasie i wysłałam wiadomość ,,Witam panie Krzysiu ! Tak się Pan o mnie martwił, że bez matematyki sobie nie poradzę. Może być pan spokojny, radzę sobie świetnie, a z matmy przydało mi się w życiu tylko 2 procent plus VAT. Prowadzę biuro nieruchomosci i prowizje obliczam błyskawicznie bez użycia kalkulatora. Pozdrawiam serdecznie Jola C.”
Za kilka lat spotkałam mojego nauczyciela na pogrzebie, stoję i czuję na sobie czyjś wzrok. Patrzył chłopina i nadziwić się nie mógł, że ja żyje i faktycznie mam się całkiem dobrze bez tej znajomosci całek, ułamków i funkcji trygonometrycznych…