Władztwo dziwek

str-26-wladztwo-dziwek

Mamusia nazywała się Teodora i miała dwie córki: Marozję oraz Teodorę. Biskup Cremony nazwiskiem Liutprand, który żył między rokiem 920 a 970, a więc w latach, które nastąpiły tuż po opisywanych niżej wydarzeniach, pisał o mamusi wymienionych wyżej córek: … pewna bezwstydna ulicznica imieniem Teodora była w owym czasie jedynym władcą Rzymu i – choć wstydem jest nawet o tym wspominać – rządziła jak mężczyzna. O tym, co było narzędziem sprawowania przez nią władzy napisał w innym miejscu, wspominając o jej córkach, że „przewyższały matkę w ćwiczeniach, które kocha Wenus”. Nie owijając w bawełnę, czyli mówiąc wprost – rządziła poprzez łóżko.

Liutprand był nieomal naocznym świadkiem tamtych czasów, natomiast współczesny nam historyk Eric Russell Chamberlin (1926-2006) pisał, że wtedy, w X wieku naszej ery, zarówno w ówczesnej Italii, jak też „poza Alpami pojawiały się kobiety, które zdobywały i utrzymywały władzę, posługując się wyłącznie swoją seksualnością. (…) W społeczeństwie, które powtórne zamążpójście oceniało jako swego rodzaju cudzołóstwo, niektórym kobietom udawało się wychodzić za mąż dwa, trzy, a nawet cztery razy, przy czym śmierć kolejnych małżonków czyniła je coraz bogatszymi”. To stwierdzenie potwierdza tylko, że hipokryzja i obłuda towarzyszyły moralistom oraz twórcom nakazów i zakazów od zawsze i na zawsze. Twórcą owych zasad był wtedy oczywiście Kościół, którego przedstawiciele permanentnie owymi zasadami poniewierali.

Teodora i jej córki, przede wszystkim Marozja, żyły w czasach, gdy Rzym, jako Stolica Piotrowa, a więc sam pępek chrześcijaństwa, był miejscem, które sprytnej ulicznicy bez problemu ułatwiło panowanie nad stadem wyrzynających się nawzajem mężczyzn. Tymi mężczyznami byli papieże i kandydaci na papieży. W ciągu 40 lat zasiadało na papieskim tronie co najmniej kilkunastu żądnych władzy mężczyzn, którzy uważali, że należy się im być ziemskimi zastępcami pana Boga, ale nie brali pod uwagę, że inni też tak uważają i aspiracji owych innych nie udawało się im powstrzymać. Byli więc tacy, którzy zasiadali na papieskim tronie i przez 30 dni, i tylko przez dwa tygodnie, a utrzymanie władzy już przez rok było ewenementem.

W tej sytuacji nie do uniknięcia było pojawienie się sprytnych kobiet, które też kierowały się żądzą władzy, przejmując ją od mężczyzn poprzez zaspokajanie ich żądzy, ale seksualnych. Seksualność na szczytach władzy jest taka sama jak wśród plebsu w gminie, bez względu na to, czy dotyczy to władzy świeckiej czy religijnej, czasów sprzed tysiąca lat czy obecnych. Dzisiejszy Watykan jest takim samym siedliskiem seksu i seksualnych wynaturzeń, jak wszystkie inne środowiska, o czym najlepiej można się przekonać czytając świetnie udokumentowaną książkę francuskiego pisarza Frèdèrica Martela pt. „Sodoma. Władza i hipokryzja w Watykanie”.

Tylko bezkrytycznie podchodzący do instytucji Kościoła dewot może uważać, że przejmowanie władzy w Watykanie następuje w wyniku boskiego namaszczenia. Na przełomie wieków X i XI naszej ery pewnie mało kto tak uważał, bo zmiany na papieskim tronie miały wyjątkową i brutalną dynamikę.

W roku 882 nie z własnej woli, ale w wyniku morderstwa odszedł do królestwa niebieskiego papa Jan VIII, o jego następcy Marinusie nie wiemy, w jaki sposób poszedł w ślady swego poprzednika. Po nim był Hadrian III, który pożegnał się z tym światem raptem po czterech miesiącach i to akurat podczas podróży do Niemiec. Wiązano jego śmierć ze skrytobójstwem, ale nikt nikogo za rękę nie złapał. Na tron Piotrowy załapał się po nim Stefan V, wybrany jednogłośnie przez duchowieństwo i lud. Pewnie dlatego ziemskie przedstawicielstwo pana Boga sprawował prze lat aż sześć, bo zmarł w roku 891. Rzymianin Formozus (urodził się i zmarł w Rzymie), który po nim nastał, cieszył się władzą nad światem chrześcijańskim przez lat też „aż”, bo pięć.

Zarówno Stefan V, jak też Formozus zmarli w łożach własnych, ale temu drugiemu nie dane było zaznać po śmierci spokoju. Stał się podmiotem jednego z najobrzydliwszych wydarzeń w historii Kościoła (chyba że bardziej obrzydliwe są trzymane w ścisłej tajemnicy). Bonifacego VI, który po nim nastał podagra (przynajmniej oficjalnie tak zapisano w annałach) powaliła w dwa tygodnie i papieskie insygnia znalazły się w rękach Stefana VI. Stał się on mistrzem makabrycznej ceremonii, o której wspomnieliśmy wyżej. Było nią odkopanie zwłok Formozusa, ubranie go w papieskie szaty i posadzenie na tronie, by przeprowadzić przewód sądowy, którego celem było oskarżenie trupa o to, że bezprawnie zajął za życia papieski tron. Wyrokiem sądu jego pontyfikat uznano za nieważny, a ciało wrzucono do Tybru rybom na pożarcie, ale wyłowili je rybacy i godnie pochowali. Do wydarzeń tych doszło podczas synodu zwołanego przez Stefana VI, toteż na wieki wieków synod ów przeszedł do historii jako „Synod trupi”. Maestro Stefan VI kilka miesięcy po owym synodzie znalazł się w kryminale, gdzie go szybko uduszono. Wszystko to działo się w roku 897.

Towarzystwo duchowieństwa europejskiego musiało być wstrząśnięte owym synodem ogromnie, ponieważ przez następnych siedem lat na papieskim tronie zasiadało aż sześciu papieży, ale nie ma wzmianki, jak odchodzili z tego świata. Z woli natury, czy jak kto woli, boskiej, czy z ręki jakiegoś zawistnego uzurpatora.

Zawierucha zaczęła się ponownie w roku 903, kiedy to papieżem został Leon V. Po 30 ledwie dniach został uwięziony przez swego stronnika, niejakiego Krzysztofa. Krzysztof sam siebie konsekrował na papieża, przez co przeszedł do historii jako antypapież. I w tym oto momencie na scenie zaczyna się pojawiać Teodora. Najpierw nieśmiało, a z czasem coraz śmielej i bez skrupułów. Niechętne Krzysztofowi było otóż rzymskie możnowładztwo, o którego względy i wsparcie nie zabiegał. Panowie postanowili więc obalić Krzysztofa, a na czele wojsk stanął hrabia Tusculum, niejaki Teofilakt. Dowódcą wojsk Teofilaktem rządziła jego żona, którą była właśnie owa Teodora. Teofilakt albo był pantoflarzem, albo też nie spotkał w swoim życiu kobiety bieglejszej w „ćwiczeniach, które kocha Wenus” i za owa gimnastykę gotów był oddać wszystko, włącznie z władzą.

Pewnie więc na żądanie Teodory wezwał do Rzymu niejakiego Sergiusza, który był biskupem Caere i serdecznym przyjacielem uduszonego Stefana VI. Wiosną 904 roku został papieżem i swoje rządy w imieniu pana Boga rozpoczął od aktu litości, którym było uduszenie i samozwańca Krzysztofa, i owego Leona V, któremu trafiło się być papieżem przez 30 dni. Teodora nakazała córce Marozji zameldować się w łożu Sergiusza, którego żoną zostać jednak nie mogła, ale matką jego i swojego dziecka jak najbardziej. Dziecko dostało na imię Jan i mimo, że wedle ówczesnych norm obyczajowych było bękartem, czekała je papieską przyszłość. Sergiusz zmarł jednak po trwającym aż siedem lat pontyfikacie, ale Teodora i Teofilakt podporządkowali sobie dwóch jego następców, którymi byli Anastazy III (911-913) i Lando (913-914).

Biegła w sztuce kochania Teodora nie uprawiała jej wyłącznie z wyrachowaniem i zimną kalkulacją. Była przecież człowiekiem i jej też zdarzyło się ulec uczuciu. „Ogarnięta płomieniami Wenery”, jak pisze Liutprand, zapałała nimi do zwykłego księdza z Bolonii i „chciała z nim nie tylko współżyć, lecz widzieć go coraz wyżej. Podczas takiego bezwstydnego postępowania zmarł biskup Bolonii i w jego miejsce został wybrany ten Jan”. Potem Teodora zrobiła go biskupem, a następnie arcybiskupem Rawenny no i ściągnęła do Rzymu, bo przecież „płomienie Wenery” nie sięgały aż tak daleko. Gdy zmarł papież Lando (sprawował „boską” władzę niespełna 7 miesięcy) Teodora nie miała problemu z uczynieniem swego kochanka „następcą św. Piotra”. Jan X przetrwał ze swoim pontyfikatem aż 14 lat.

W kronikach obejmujących ten okres nie ma już później wzmianek o losach Teofilakta i Teodory. W niektórych pojawia się sugestia, że Marozja, córka Teodory, aczkolwiek nie znosiła papieża, który był kochankiem jej matki, to jednak nie miała oporów, by wskoczyć do jego łoża, dla osiągnięcia, jak to się dziś mówi „korzyści osobistych”. Jana X podobno nie ogarniały żądze na widok Marozji, więc odtrącona kobieta postanowiła się zemścić. Wyszła za mąż za markiza Toskanii imieniem Gwidon, z którego wojskami ruszyła na Rzym. Strąciła z papieskiego trony Jana X, którego wtrącono do więzienia i po około roku uduszono, jak kronikarze piszą, na rozkaz Marozji.

Rok później zmarł Gwidon (wielu współczesnych uważało, że z pomocą żony), więc Marozja omotała i poślubiła Hugona z Arles, króla Włoch. Miała już wystarczającą osłonę, by na papieża koronować „papieskiego bękarta”, czyli swego syna Jana poczętego z papieżem Sergiuszem. Wcześniej trzeba jednak było przyspieszyć odejście z tego świata papieża Stefana VII, co też się stało 15 marca 931 r. Wedle pogłosek stanął u bram niebios z pomocą oprawców Marozji, którzy go udusili.

Marozja miała jednak drugiego syna, Alberyka. Nie pałał on miłością zarówno do mamusi, jak też do swego przyrodniego brata i rok później wzniecił powstanie ludowe. Matkę wtrącił do lochu, gdzie zmarła 5 lat później. Brat papież stał się wykonawcą woli Alberyka. Odszedł z tego świata rok przed matką. Okoliczności śmierci pozostają nieznane, acz wątpliwe, by stało się to w sposób naturalny. Niedługo po śmierci Marozji przyszedł na świat jej wnuk (syn Alberyka), który po kilkunastu latach też został papieżem i zarówno on, jaki jego następcy kontynuowali epokę mordów i rozpusty w Kościele.

Owe czasy w Kościele sprzed ponad tysiąca lat historycy nazwali „władztwem dziwek”, a niektórzy bardziej dosadnie – „pornokracją”.

 

Krzysztof Pipała

Fot. Archiwum