Wracają złodzieje samochodów

str-19-wracaja-zlodzieje

Mieszkaniec kraju zza zachodniej granicy Polski przez długie lata na pytanie – kim są Polacy? zazwyczaj odpowiadał: – Złodziejami samochodów. Taka opinia utrzymywała się w Niemczech długo, a rodacy znad Wisły pracowali na nią przez lata. Jeszcze przed rokiem 1989 zorganizowane polskie gangi ruszyły za zachodnią granicę ogołacać mieszkańców Niemiec z ich bmw, mercedesów, audi i volkswagenów. Interes był intratny nadzwyczaj, złodzieje nieuchwytni, okryci w swoim przestępczym środowisku sławą, jak na przykład słynny gdański złodziej samochód pseudonim Nikoś, który kradzież samochodów w Niemczech rozwinął na skalę nieomal przemysłową.

Złodziejski interes kwitł, niemiecka policja przez lata nie dawała sobie z nim rady, tym bardziej polska, która w pierwszych latach po transformacji miała wiele poważniejszych problemów na głowie. Gdy więc skradziony w Niemczech samochód przekroczył wschodnią granicę tego kraju, wpadał w „czarną dziurę”, gdzie odnalezienie go graniczyło z cudem. A jeśli udało się mu przekroczyć wschodnią granicę Polski, najpierw z radziecką, a od sierpnia 1991 roku niepodległą Ukrainą, to nawet kilka cudów nie było w stanie go odzyskać.

W miarę upływu czasu polska policja zaczęła tworzyć struktury do walki ze złodziejami samochodów. Obejmowały zarówno złodziei kradnących auta za granicą i sprowadzających je do Polski, jak również grupy kradnące je na rodzimym gruncie. Sytuacja zaczęła szybko ulegać zmianie po wejściu Polski do Unii Europejskiej (1 maja 2004 rok), gdy polskie służby nawiązały ściślejszą współpracę ze służbami policyjnymi krajów Wspólnoty, a przyśpieszyła po objęciu kraju strefą Schengen (grudzień 2007 rok). Współpraca, szybka wymiana informacji, doprowadziły do spadku działalności polskich gangów kradnących samochody w Niemczech, równolegle polska policja prowadziła bezwzględną walkę z bandziorami na terenie Polski. Głównie w stolicy i okolicach, bo region wielkiej Warszawy stanowił centrum kradzieży samochodów w Polsce.

W latach 90. i na początku pierwszej dekady XXI wieku, z ulic Warszawy znikało każdego dnia około 70 samochodów. Utworzono specgrupę do walki ze złodziejami. Jeden z jej byłych członków opowiadał, jak to wyglądało. Policjanci po cywilnemu i w nieoznakowanych samochodach krążyli po trasach wylotowych z miasta i w ich okolicy. Wyłapywali złodziei, ponieważ znali ich twarze i samochody. Zatrzymywali, rzucali na ziemię, przeszukiwali auta i rekwirowali złodziejskie narzędzia. Prowadzili działania dzień w dzień, noc w noc i efekty przyszły szybko. W 1999 r. w Warszawie skradziono 70 tys. samochodów, w 2007 już tylko 21 tys. , a w następnym latach ich liczba zmalała do kilku tysięcy rocznie. Wszystko wskazywało na to, że problem staje się marginalny więc spec grupę rozwiązano.

W drugiej dekadzie obecnego wieku kradzieże samochodów przestały być plagą, ale już w ubiegłym, 2019 roku, problem wrócił. I narasta. Z miesiąca na miesiąc. Co się stało?

Powodem jest rynek, który zaczął wykazywać gwałtowny wzrost zapotrzebowania na samochodowe części. Polacy dorabiają się pieniędzy i kupują coraz droższe samochody. Posiadane samochodu za kilkaset tysięcy złotych nie oznacza, że nie ulegnie on awarii albo kraksie. Jeśli auto jest po gwarancji, właściciel musi wyłożyć pieniądze na kupno części lub elementów nadwozia, które trzeba wymienić. I mamy do czynienia ze zjawiskiem świadczącym i o skąpstwie, i o szpanerstwie nowobogackich. Nie interesuje ich, skąd pochodzą samochodowe części, byle były tanie. Nowe i oryginalne są zaś drogie.

Policjanci zajmujący się dziś kradzieżami samochodów koszty części samochodowych znają na pamięć. Mówią więc, że byle jaka szkoda w samochodzie wartym pół miliona złotych generuje zakup nowych części w granicach od 50 do 70 tys. zł. Naprawa zaś drobnej stłuczki w samochodzie średniej klasy, kupionym w cenie między 100 a 200 tys. zł, to koszt między 15 a 30 tys. zł o ile klient zdecyduje się na kupno nowych części. Ale mało który się na to decyduje. Większość natychmiast mówi, że ma pieniądze tylko na części używane i dla mechanika czy właściciela sklepu handlującego częściami używanymi jest to równoznaczne ze złożeniem zamówienia u złodzieja.

Policjanci, których do walki ze złodziejami samochodów znów zaczyna przybywać, bo proceder się odradza, twierdzą, że 90 proc. kradzionych obecnie samochodów rozbiera się natychmiast na części. Tak niegdyś popularne kradzieże samochodów na zamówienie zza wschodniej granicy dziś należą do incydentalnych. Kokosy są w kraju. Najliczniej kradzione są ostatnio auta japońskie, szczególnie nowe mazdy, co nie dziwi, ponieważ japońskie auta mają co prawdę opinię samochodów, które się nie psuja, ale o bardzo kosztownych częściach zamiennych. Kilka tygodni temu polskie media obiegło zdjęcie rozebranej na części mazdy 6 w lesie w okolicach Wołomina, którą kilka godzin wcześniej skradziono na warszawskim Żoliborzu. Przy pieczołowicie posortowanych i ułożonych częściach już nie było. Zapewne czekały na pasera.

Ponieważ najwięcej samochodów kradnie się w stolicy, będziemy operować liczbami dotyczącymi Warszawy. W styczniu 2018 r. stołeczna policja odnotowała 162 skradzione auta, rok później już 207, a obecnie każdego dnia kradzionych jest siedem samochodów. Łup wywozi się ze stolicy w ustronne miejsce, by je rozkręcić lub pociąć na części. Takie miejsce nazywa się „dziuplą”. Może nią być pierwsza lepsza wiejska stodoła, blaszany garaż ale także, jak w przypadku wspomnianej mazdy, ustronne miejsce w lesie. Podwarszawskim zagłębiem takich dziupli są okolice Wołomina. Na początku lat 90. mówiło się o groźnej mafii wołomińskiej, dziś jej członkowie widocznie przekwalifikowali się na kradzieże samochodów.

Policjanci z „samochodówki” twierdzą, że dziś auta kradnie się zdecydowanie łatwiej niż dawniej, nawet te najbardziej luksusowe. Kiedyś, jak twierdzą, trzeba się było na tym, znać. Najpierw należało pokonać zabezpieczenia mechaniczne (blokady na kierownicę, pedał gazu, skrzynię biegów), potem zabezpieczenia elektroniczne i posługując się komputerem podmienić oryginalną jednostkę sterującą pracą silnika. Wśród złodziei była specjalizacja ponieważ każdy samochód miał swój model komputera. Obecnie, jak twierdzą, żadnej specjalizacji nie trzeba, niczego nie trzeba umieć, jedyne co trzeb zrobić, to na początku zainwestować sporą kwotę, która jednak szybko się zwraca. Inwestuje się w „walizkę”.

Złodzieje kradną dziś auta otwierane i odpalane bez kluczyka. Inwestują więc w specjalne urządzenie, które potrafi ściągnąć sygnał z samochodowego pilota leżącego w pobliżu okna lub drzwi domu. Złodziej potrafi też usiąść z niepozorną torbą na laptopa, w której znajduje się to urządzenie, w pobliżu właściciela siedzącego na przykład w restauracji i niczego nie podejrzewającego. Działają w duecie. Jeden dotyka klamki samochodu, który wysyła pytanie o kod odblokowujący do pilota znajdującego się w kieszeni właściciela. Pytanie przechwytuje „walizka” i zaraz potem kod odblokowujący, który pilot wysyła w odpowiedzi do samochodu. Auto staje się dla złodziei otwarte.

Walizkę” kupuje się przez Internet. W dużym wyborze oferują je sklepy internetowe, oczywiście chińskie, także rosyjskie i… bułgarskie. Kosztuje od 2 tys. euro w górę. Te najlepszej jakości o dużym zasięgu, nawet 50 tys. euro. Złodzieje nie szczędzą pieniędzy na inwestycję, bo zwrot kosztów mają szybki. Za skradzione japońskie auto średniej klasy dostają od pasera od 2 do 4 tys. zł, za drogiego SUV-a nawet 20 tys. zł. Paser na częściach zarabia wielokrotnie więcej. Policjanci zajmujący się od lat kradzieżą samochodów mówią, że mają do czynienia z zawodowcami i że jest to proceder rodzinny. Teraz mają do czynienia z dziećmi tych, którymi „rzucali o glebę” i trzepali ich auta w pierwszych latach 90. Zapewniają, że czołowi przedstawiciele złodziejskiego fachu kradną auta co drugi, trzeci dzień.

Z nieoficjalnych informacji wynika niezbyt przyjemna dla właścicieli luksusowych aut informacja – liczba kradzieży aut wzrasta, ale ich wykrywalność maleje. Być może niedługo trzeba będzie odtworzyć policyjne specgrupy do walki z tym procederem. Policjanci zaś twierdzą, że konieczne są zmiany w kodeksie karnym. Dziś złodziej samochodów otrzymuje za kradzież od 2 do 3 lat i to zazwyczaj w zawieszeniu. Natychmiast więc wraca do swego fachu. Konieczne staje się też podwyższenie kary minimalnej i musi to być kara bezwzględnego więzienia. A nieoznakowane fabrycznie części powinny podlegać przepadkowi.

Kradzieże aut są oczywiście nośnym tematem medialnym i właściciele luksusowych aut zdają sobie sprawę, że w każdej chwili mogą być pozbawieni swojej ruchomej własności. Coraz więc częściej widać „wypasione” luksusowe limuzyny ze stalową laską zakładaną na kierownicę czy pedał gaz, co kiedyś była nieomal standardowym wyposażeniem każdego „malucha”. Zdemontowanie takiej laski to dla złodzieja cenna strata czasu, więc szybko znajdzie taki, który takiego zabezpieczenia nie ma.

Marek Czerski