Z pamiętnika pośrednika nieruchomości – cz. II

byc-kobieta

OPOWIEŚCI LADY BUNII. Praca pośrednika uczy cierpliwości, planowania, dyscypliny, wytrwałości, a przede wszystkim nie oceniania ludzi po wyglądzie. Bo tutaj można się bardzo pomylić. Wygląd zewnętrzny człowieka nie ma nic wspólnego z zamożnością, wykształceniem czy inteligencją. Pewnego popołudnia do biura weszła kobieta. Podniosłam głowę znad biurka, spojrzałam. Kobieta koło pięćdziesiątki, szczupłej budowy, średniego wzrostu. Włosy dłuższe, zaniedbane, nieufarbowane, prawie siwe i do tego tłuste. Ubrana bardzo skromnie, szaro-buro, w ręce byle jaka torebka, na nogach buty noszone juz chyba ósmy sezon. Odpowiadając „dzień dobry” pomyślałam, że chyba pomyliła adresy. Z wyglądu nie było jej stać na bilet autobusowy, a co dopiero na kupno nieruchomości. – W czym mogę pomóc? – zapytałam. -Dzień dobry, ja do pani Joli nazywam się… -Tu padło nazwisko osoby, której oczekiwałam od dawna. Chyba się zarumieniłam ze wstydu, za swoje myśli. To była kobieta biznesu, milionerka, właścicielka kilkudziesięciu kamienic w miastach takich jak: Kraków, Warszawa i Wrocław. Tyle o niej słyszałam od naszej wspólnej znajomej. Bardzo miła, nieprzyzwoicie inteligentna, urodzona z darem pomnażania pieniędzy. Skromna niesamowicie. Spodziewałam się jej wizyty, bardzo byłam ciekawa jak wyglada prawdziwa kobieta biznesu. Wyobrażałam sobie słusznych kształtów blondynkę, z gęsta czupryną, układaną kilka razy w tygodniu przez najlepszego w mieście fryzjera, koniecznie w dobrze skrojonej garsonce, butach na obcasie, ze skórzaną torebką markowej firmy, wymalowaną, pachnącą drogimi perfumami i koniecznie z piękną biżuterią z białego złota z diamentami. Nie wiem dlaczego tak sobie ją wyobrażałam? W mojej głowie powstał taki obraz silnej, niezależnej kobiety z dużymi pieniędzmi. Za kobietę, która stała u mnie w biurze nikt by nie dał funta kłaków. Można się zdziwić.

Legendą wśród biur nieruchomości była bardzo bogata kobieta, która niedawno wróciła z zagranicy. Młoda wdowa z ogromnym majątkiem do zainwestowania. Wrażenie robiła niesamowite. Bardzo zadbana, wypielęgnowana do granic możliwości, zawsze piękna fryzura, makijaż, pachnąca drogimi perfumami, obwieszona biżuterią. Odwiedzała biura opowiadając, że chce zainwestować w kilkanaście mieszkań na wynajem. Wymagania miała równie wysokie jak szpilki na nogach. Nie muszę tłumaczyć jak wszystkie biura zabrały się do pracy. Istne szaleństwo, taki klient zdarza się raz. To tak zwany złoty strzał. Kilka miesięcy to trwało, negocjowała warunki tylko za każdym razem tuż przed podpisaniem umowy przedwstępnej coś jej wypadało. Potem nie odbierała telefonów. A ona zwyczajnie zmieniała biuro i cała zabawa zaczynała się od nowa. Miasto małe, wszyscy się znają i po jakimś czasie okazało się, że jest już klientką wszystkich. Zaczęło być o niej głośno. Okazało się, że to jakaś wariatka, która ma tyle co na sobie, a cała reszta to wytwór jej chorej głowy. Cierpiała na jakiś zespół zaburzeń osobowości, była przy tym niesamowicie wiarygodna. Mój złoty strzał to pewne małżeństwo, które przez szefa jednego z biur zostało potraktowane niepoważnie. Do mnie trafili z przypadku, ale ja już wiedziałam, że nie wolno oceniać ludzi po wyglądzie. Na pierwszy rzut oka dramat. Bardziej przypominali bezdomnych niż milionerów. Zainwestowali ogromne pieniądze. Kupili kilkanaście mieszkań i piękny dom na obrzeżach miasta za kosmiczna cenę. Byli właścicielami sieci sex-shopów. W życiu bym nie pomyślała, że to tak dochodowy biznes. – „Oj zdziwiła by się pani. A teraz przenieśliśmy jeszcze biznes do Internetu i tu dopiero się dzieje. Nie nadążamy, firma pracuje na trzy zmiany. Zatrudniamy ponad sto osób, z miesiąca na miesiąc zwiększamy zatrudnienie. Od roku mamy też sex-telefon” . ⁃ O matko moja, kto tam pracuje? ⁃ „Wszystkie nasze koleżanki, które z racji wieku miały problem ze znalezieniem pracy i wszystkie te które dorabiają do emerytury. No powiedz Jadziu” – zwrócił się do żony po potwierdzenie. ⁃ „Tak, przecież przez telefon się tylko mówi. Koleżanki mówią, że to złota robota. Zestaw głośnomówiący i może mieszać w garach i podkręcać chłopa, a jak zmywają podłogę to i naturalne sapanie się trafi. Najlepsza nasza dziewczyna, Zosia, równocześnie robi swetry na drutach. Dwa etaty w jednym czasie. Bardzo lubimy swoją pracę tylko ludzie jak słyszą to dziwnie reagują i patrzą na nas jak na wariatów”. Na koniec bardzo udanych transakcji dostałam prezent breloczek do kluczy z penisem. Był świetny, tylko trochę nie pasował do kluczyków od samochodu, bo często woziłam nim klientów.

Pan Wacław – tak się przedstawiał – szukał rezydencji pod miastem. Minimum dwieście metrów kwadratowych, z pięknym ogrodem i na uboczu. Zawsze na spotkaniu był ze swoją narzeczoną. Wszystkie oferty na jej e-maila, umowa też tylko na nią. Ona młodsza od niego na oko ze dwadzieścia lat, ładna zwyczajna kobieta. On bardzo elegancki, wyprostowany, idealnie ogolony, nienaganna fryzura. Od początku wydawał mi się dziwny. Nie był typowym facetem po pięćdziesiątce. Taki tajemniczy, wymagający i to on o wszystkim decydował. Ona nie miała nic do powiedzenia. Był dla niej bardzo miły, ale nigdy nie pytał jej o zdanie. Zawsze było: „Nie pasuje mi to…., chcę to…” Czego on jej nie obiecywał, jakie snuł plany. To budował basen pokaźnych rozmiarów, to do wielkiej kuchni na podłogę sprowadzał marmur najwyższej jakości. Ona czasem wpadała do biura sama w poszukiwaniu czegoś nowego. Opowiadała, że jak tylko znajdą dom, który im się spodoba to biorą ślub. Była zakochana i zdesperowana, w tym wieku w małej wsi, z której pochodziła była starą panną. Zawrócił jej w głowie, tego nie dało się ukryć. Zażartowałam kiedyś do mojej pracownicy, że on na ten dom to ma darmowe „bzykanko”, kobieta zakochana, a on pewnie żonaty i obiecuje gruszki na wierzbie. Bo jakiś powód tak pilnego ukrywania swojej tożsamości musiał być. Prawda wyszła na jaw zupełnie przypadkiem. Pojechałam na pogrzeb do kolegi mamy. Podrzeszowska parafia, msza żałobna, a na ambonę wychodzi… mój klient. Ksiądz. Dlatego tak pilnie strzegł swojego nazwiska, imię się zgadzało.

Cdn.