Z pamiętnika pośrednika nieruchomości – cz. I

byc-kobieta

OPOWIEŚCI LADY BUNII. Pośrednikiem zostałam poniekąd z przypadku. Kupując pierwsze mieszkanie, pośrednika zobaczyłam dopiero u notariusza kiedy wręczył mi fakturę do zapłaty. Kwota była pokaźna, właściwie za nic. Za to, że dał nam adres nieruchomości, nawet z nami nie pojechał. Złota robota – pomyślałam. Siedzisz w biurze, a pieniądze same przychodzą. Za jakiś czas tak się jakoś złożyło, że zostałam pośrednikiem. Teraz już tylko będę kasę liczyła. Rzeczywistość okazała się mniej kolorowa, ciężka praca każdego dnia po kilkanaście godzin na dobę. Zakochałam się w tej pracy bez pamięci. Adrenalina każdego dnia, dźwięk telefonu był zawsze obietnicą pieniędzy. Pierwszy dzień w pracy był dziwny, bo tam właściwie się nic nie robiło. Dostałam biurko i kazali siedzieć. Dziwne. Mało tego, rozpoczęłam pracę, w której wymagana była znajomość topografii miasta, a ja nawet dobrze jeździć nie umiałam. Nie przyznałam się. Przed wyjazdem na nieruchomość rozkładałam mapę na masce samochodu, na szczęście parking był na tyłach kamienicy i szefowa nie widziała. Dałam sobie radę doskonale, po roku mogłam być taksówkarzem, znałam całe miasto. Miałam dużo szczęścia trafiłam do biura, w którym w krótkim czasie nauczyłam się bardzo dużo. Przyszedł czas na swoje biuro i ciężką pracę od rana do nocy przez siedem dni w tygodniu. Na początku ciągle trafiałam na pary, które sprzedawały nieruchomość z powodu rozwodu, a ja głupia próbowałam ich godzić. Ktoś mi w końcu powiedział, że powinnam zmienić zawód. Ileż to razy płakałam razem z porzuconą żoną. Jedna miała męża domatora, który nagle zaczął chodzić do kumpla na mecze. Kumpel okazał się dwudziestokilkuletnią koleżanką z pracy. Strasznie mi było żal tej żony. Za kilka lat mieszkanie wróciło do sprzedaży i okazało się, że pani wyszła ponownie za mąż i jest bardzo szczęśliwa. Jakieś takie szczęście miałam, że ludzie siadali przy moim biurku i czasem płakali godzinami. Ciekawa była klientka młoda, piękna, długonoga blondynka ze Strzyżowa szukająca luksusowego mieszkania do wynajęcia. Pani miała mały biznes – była… prostytutką. Jedna para umówiła się ze mną na oglądanie działki za miastem. Chryste Panie co to była za para, mniej więcej koło czterdziestki. Od razu było widać, że kochankowie o mało nie zaliczyli pierwszego numerku na tylnym siedzeniu mojego samochodu. Kiedy poczuli świeże podmiejskie powietrze to nie wiedziałam czy odejść kawałek i plecami do nich zapalić papierosa i poczekać aż skończą. Pewnego dnia przyszedł miły, młody mężczyzna zainteresowany mieszkaniem. No więc standardowo dostał umowę pośrednictwa do podpisania, jak również został poinformowany do czego go ta umowa zobowiązuje. W tym momencie mówi, że musi iść po żonę. Za pięć minut wrócił z żoną, policjantką w mundurze. Rzuciła okiem na umowę i do mnie z awanturą ⁃ i co może jeszcze mam wam prowizje zapłacić!?- krzyczała. ⁃ Takie są zasady – odpowiadam spokojnie. ⁃ Ja wam dam kurwa prowizję, nigdy! ⁃ Spokojnie, nikt państwa nie zmusza do korzystania z usług biura – tłumaczę. Chłop oblewa się rumieńcem ze wstydu. Moja pracownica puszcza do mnie oko z za ich pleców, ja powstrzymuję się od śmiechu. ⁃ W tej chwili do samochodu! – krzyknęła do męża. ⁃ Przepraszam – wyjąkał on- wrócę do państwa. Zawsze w takich sytuacjach robiłyśmy zakłady. Nie wrócił. Zasada była taka – jak przychodził mężczyzna sam oglądać i był super klientem to miał wredną żonę. W większości takich sytuacji to one nosiły spodnie w ich rodzinach. Klienci często szukali sposobu żeby nie zapłacić naszego wynagrodzenia. Takich poznawałam od progu, zawsze błądził wzrokiem. Zawsze czułam z kim będzie problem. Jeden ukradł mi dokument dotyczący mieszkania, zrobił awanturę, krzyczał o braku profesjonalizmu i takich tam różnych. Wyzywał mnie od najgorszych. W pokoju obok był moj mąż. Misiu chłop wyrywny, bałam się, że wyjdzie i najzwyczajniej da klientowi w mordę. Na szczęście nie wyszedł. Ja jestem osobą niezwykle spokojną i opanowaną, ale w tym przypadku moje nerwy puściły i powiedziałam: – Zdobędę ten dokument ponownie, a teraz prosze zabierać swoje rzeczy i wypierdala

z mojego biura! Tego samego dnia klient złożył „brakujący” dokument w banku. Ja oczywiście tak jak obiecałam dostarczyłam kolejny egzemplarz następnego dnia. Równie wredny był dla sprzedającej, zjadł jej cała masę nerwów. Co on nie wymyślał, w załączniku do umowy przedwstępnej kazał takie cuda pisać jak baterie w łazience, klamki w drzwiach. Chłop cierpiał na jakiś zespół natręctw, wszystkich miał za złodziei i oszustów. Po wszystkim sprzedająca przyszła do mnie do biura na rozliczenie i mówi: ⁃ Muszę się pani do czegoś przyznać. Tak mnie ten facet zdenerwował, że zrobiłam mu na złość. Wymontowałam wszystkie gniazdka elektryczne i włączniki prądu, a w ich miejsce wstawiłam stare i brzydkie. Pozbierałam po znajomych, ale musiałam, przepraszam – spojrzała na mnie badawczo. ⁃ Nic nie słyszałam – odparłam uśmiechając się i dodałam – i bardzo dobrze!

Ładny jesienny dzień, dzwoni klient w sprawie działki do sprzedania. Przyjeżdża po mnie, jedziemy. Z reguły poruszam się swoim samochodem, ale klient nalegał, proszę jechać ze mną będzie szybciej i sprawniej. Jedziemy gdzieś za miasto, lekkie odludzie. Wysiadamy z auta gość otwiera bagażnik, a tam siekiera i sznur! Życie przeleciało mi przed oczami. Stanęłam jak wryta, nie wiedziałam czy uciekać czy krzyczeć. Byłam pewna, że nie wrócę z tej wycieczki. Stałam jak zaklęta. Ten sprzęt to był przypadek, nie pamiętam już czym ten człowiek się zajmował, ale to były narzędzia jego pracy. Śmiał się ze mnie do łez, jednocześnie przepraszając, że mnie przestraszył. Sprzedawałam działkę z upierdliwym sąsiadem. Wszystko pięknie klienci zdecydowani. Na godzinę przed kontraktem chcą zobaczyć ponownie, ok nie ma problemu. Na nasz widok zjawił się sąsiad z żoną i urządzili taką dziką awanturę, że klient podziękował za kupno działeczki. Rozpracowałam rozkład dnia sąsiadów i następnym razem z klientem byłam wtedy kiedy ich nie było, sprzedałam działkę! Dzień jak co dzień, klient siada przy biurku podaje mi dowód osobisty, czytam nazwisko Ruchacz i tu mój profesjonalizm legnie w gruzach. Wybucham idiotycznym śmiechem i leżę na biurku. Przepraszając i śmiejąc się na przemian. Co gorsza ten klient trafił do mnie dwa razy. Drugim razem na szczęście się powstrzymałam. Jakiś nawiedzony facet przyszedł po poradę jakby tu żonę oszukać przy sprzedaży mieszkania. Wariat, kompletny wariat. Grzecznie z panem porozmawiałam i na tym koniec. Po południu byłam umówiona na przyjęcie mieszkania. Pukam do drzwi, otwiera mi ten sam wariat który był u mnie rano. Wchodzę, zamyka za mną drzwi na klucz. Oprowadza po mieszkaniu, proponuje drinka, podchodzi coraz bliżej. Niby przypadkiem gdzieś mnie dotknie. Nie kończę nawet wypełniać ankiety, nawet nie usiadłam, powoli raczkiem się wycofuję. W przedpokoju dyskretnie zerkam na drzwi, ok jest klucz. Proszę o szklankę wody, on do kuchni, a ja w nogi.

Jeden klient wprost mnie zapytał: – Jak oszukać biuro? No wie pani nie chcę wam płacić. Zdębiałam. Pyta mnie jak mnie oszukać, idiota czy co? ⁃ Wie pan, tak się składa, że jestem właścicielem biura, a nie pracownikiem, ma pan pecha. Był developerom sprzedaliśmy razem wiele domów i zawsze mu to przypominałam. Mieszkaliśmy w jednej miejscowości żeby było śmieszniej. Legendarną postacią w naszej okolicy był bardzo zamożny człowiek mający odlotowe samochody i rejestracje Killer. Znałam go tylko z opowieści, on gruba ryba, ja początkujący pośrednik. Pośrednicy zawsze się przechwalali, że go znają, a ja ani chłopa nie znałam, ani auta nie kojarzyłam. Pewnego dnia pojechałam do klienta, bo miał kilka nieruchomości do sprzedania. Siedzimy u niego w domu przy stole, wypełniamy stosowne dokumenty i on podaje mi album ze zdjęciami mówiąc: – Tu nie zdążymy pojecha,ć ale pokaże pani fotki, mam domek letniskowy do sprzedania za 650 tys. Cenę pamiętam do dziś, bo była kosmiczna. Biorę album, przeglądam, a tam na jednym zdjęciu na tle domu mój klient przy samochodzie, a na rejestracji Killer! Ja jak rasowa blondynka podnoszę głowę z nad albumu z okrzykiem na ustach ⁃ To pan jest Killer?! – w tym momencie mam ochotę zapaść się pod stół. ⁃ Tak to ja- odpowiada dumnie. Od tamtej pory bardzo się lubimy. Jadę pokazać mieszkanie, jak na złość autem klienta, wsiadam do tyłu, nie wiem co to za samochód, ale siedzenia jakoś nisko, źle wymierzyłam, siadam z impetem i czuję – trach!!!. Spodnie mi pękły tuż pod pośladkiem. Cuda tam wyczyniałam, prawie tańczyłam żeby tylko cały czas być twarzą do klienta.

c.d.n.