Zabójca znad Zielonej Rzeki

str-38-zabojca

Mieszkał w Auburn, na południe od Seattle, skąd miał niedaleko nad Green River, do której wrzucał zamordowane kobiety, zazwyczaj z kamieniami w pochwie. Było to piętno, którym znaczył swoje ofiary, zarazem znak rozpoznawczy, którym komunikował policji: „jestem nieuchwytny, bo to znowu ja”. Przyznał się do zamordowania 49 kobiet, ale fachowcy twierdzą, że prawdopodobnie było ich znacznie, ale to znacznie więcej. Są dwie przesłanki, które na to wskazują.

Jedną stanowi psychologia. Kryminolodzy powątpiewają, czy prawdą jest, że „morderca znad Zielonej Rzeki” ma na swoim koncie tylko 49 ofiar. Powątpiewają, ponieważ w swoim krwawym procederze miał on dwu-, trzy- a nawet pięcioletnią przerwę, specjaliści zaś twierdzą, że z psychologicznego punktu widzenia jest to raczej niemożliwe i nie zaobserwowano tego w przypadku innych wielokrotnych morderców. Seryjni zabójcy działają bowiem pod wewnętrznym przymusem i po kilku pierwszych zbrodniach nie są już w stanie powstrzymać się przed kolejnymi. „Zabójca znad Zielonej Rzeki” nie wyjawił w śledztwie, co robił w tych latach gdy w okolicach Seattle nie notowano zabójstw kobiet, a on na pewno nie przebywał w odosobnieniu, które nie pozwoliłoby mu na kontynuowanie zbrodniczych czynów. Drugą przesłanką przemawiającą za tym, że jednak wtedy zabijał, są niewyjaśnione do dziś zabójstwa kilkunastu kobiet, przede wszystkim prostytutek, pod San Diego w Kalifornii, dokąd przenieść się z północy USA na dwa-trzy tygodnie to żaden problem. Kolejne terytorium, na którym mógł uprawiać swój proceder „zabójca znad Zielonej Rzeki”, to… nasza Kolumbia Brytyjska. Z Auburn do centrum Vancouver miał ok. 200 mil, ale zabójcy nie interesowały centra miast lecz ustronne miejsca poza nimi. A właśnie w ostatniej dekadzie XX wieku w Kolumbii Brytyjskiej nie wykryto sprawców aż 52 morderstw prostytutek, mało tego – 45 innych młodych kobiet zaginęło bez wieści i do dziś nie odnaleziono najmniejszego po nich śladu.

Zdemaskowanie seryjnego zabójcy spod Seattle nastąpiło dopiero po upływie 19 lat od jego pierwszego morderstwa. Okazało się, że był nim Gary Leon Ridgway, urodzony co prawda w Salt Lake City, ale od dawna mieszkający w Auburn. Był, jak uważali sąsiedzi, spokojnym obywatelem, od 32 lat pracował w lakierni fabryki samochodów ciężarowych w Rinton. I gdyby nie najnowsze osiągnięci nauki, być może długo jeszcze Ridgway pozostawałby nieuchwytny. Tym bardziej, że dwukrotnie był podejrzewany przez policję, ale dwukrotnie też został zwolniony, ponieważ śledczy nie mieli przeciwko niemu konkretnych dowodów. Wszystko, czym dysponowali, to poszlaki.

Ridgway mordował przede wszystkim prostytutki. Jego listę ofiar otworzyła licząca sobie zaledwie 16-letnia dziewczyna, która rzuciła szkołę i szukała łatwego zarobku. Morderca powiedział w śledztwie, że zamordował ją 8 lipca 1982 r., ale jej nagie i związane ciało, niesione nurtem Green River, zauważyły bawiące się nad jej brzegiem dzieci. W lipcu tego roku zamordował jeszcze dwie kobiety, w sierpniu cztery, we wrześniu trzy, w październiku też trzy. Policja nie miała wątpliwości, że sprawcą każdego z nich jest ta sama osoba. Ofiary były duszone, a następnie gwałcone. Policjanci zaangażowani w schwytanie mordercy nabrali pewności, że mają do czynienia z seryjnym mordercą. Powołano specjalną grupę śledczą. Udało się jej ustalić, że większość z zamordowanych kobiet stanowiły prostytutki, które zabójca zabierał z przystanku autobusowego znajdującego się blisko międzynarodowego portu lotniczego Tacoma-Seattle. Jeden z prowadzących sprawę policjantów nazwał zarówno ów przystanek, jak też jego najbliższe okolice „bazarem prostytutek”. – Dosłownie na każdym rogu – twierdził – stała dziwka. Zabójca miał łatwe zadanie.

Specjalna grupa śledczych szybko wytypowała zabójcę. Wskazano na pewnego taksówkarza, ale był to strzał poza tarczę. Potencjalny zabójca powiedział śledczym, że owszem, woził i wozi prostytutki, woził także te, które zostały zamordowane, ale taki jest jego fach. On nie pyta klientów, czym się zajmują. Taksówkarz był obserwowany 24 godziny na dobę, a morderstwa kobiet, które ostatni raz widziano na feralnym przystanku autobusowym lub na autostradzie, trwały. Gdy wiosną 1983 r. stopniały śniegi pokrywające wzgórza i lasy wokół Seattle, odkryto ciała kolejnych kilku kobiet, przede wszystkim prostytutek. W kwietniu 1983 r. śledztwo w sprawie Green River było już największym dochodzeniem dotyczącym zabójstw w Stanach Zjednoczonych, a mieszkanki Seattle i okolic ogarnęła panika. Kobiety zaczęły wychodzić z domu tylko w towarzystwie mężczyzn, a prostytutki… podwyższyły taksę o 100 procent ze względu na zagrożenie życia.

Policja miała Ridgwaya dwukrotnie w rękach. W 1983 r. a więc w drugim roku jego morderczego ciągu, widziano jak jedna z zamordowanych prostytutek wsiadała do jego samochodu, a innym razem został wylegitymowany, gdy siedział w samochodzie na końcu ślepej uliczki, gdzie niewiele później znaleziono zwłoki prostytutki. Wezwana na przesłuchanie była żona Ridgwaya powiedziała policji, że podejrzewa go o jakieś nieczyste sprawy. Na początku ich małżeństwa był bowiem bardzo religijny, chodził po domach jako misjonarz zielonoświątkowców, a gdy ludzie zamykali przed nim drzwi, potrafił cały wieczór przesiedzieć z biblią na kolanach przed telewizorem i płakać. Ale po jakimś czasie diametralnie się zmienił. Wychodził wieczorami, wracał późno mokry i brudny, zaznaczał na mapie odludne miejsca, a żonie mówił, że chce tam wywieźć nielegalnie śmieci. Wyznała również, że lubił uprawiać seks na wolnym powietrzu, najczęściej nad brzegiem Green River. Była kochanka mordercy opowiedziała policjantom, że pewnego dnia pojechał z nią na bezludny kamping, kazał się jej rozebrać i położyć na ziemi, następnie przywiązał jej ręce i nogi do wkopanych wcześniej palików, ale w końcu ją uwolnił. Policja nie umiała spiąć tych incydentów w logiczną całość nawet wtedy, gdy zwierzył się im słowami: „Mam hopla na punkcie prostytutek. Dziwki wciągają mnie tak, jak alkoholika przyciąga whisky”.

Policja przestala się nim ostatecznie interesować, gdy w 1984 r. sam zgłosił się do grupy prowadzącej śledztwo zapewniając, że jest niewinny . Zażądał, by poddano go badaniu na wykrywaczu kłamstw. Chciał w ten sposób potwierdzić, że ze sprawą seryjnych morderstw nic go nie łączy. Urządzenie rzeczywiście wydało mu „atest niewinności”, ale jak się okazało dopiero po 16 latach, nie był on zgodny z prawdą. Śledztwo kosztowało 15 mln dolarów, policja przesłuchała tysiące świadków, zebrała 750 segregatorów akt, ale bez efektu. Dwukrotnie zmieniano składy specjalnych grup śledczych, ale żadna nie doprowadziła do ujawnienia sprawcy. Liczbę śledczych stopniowo ograniczano i w końcu „na placu boju” pozostał samotny detektyw, niejaki Tom Jensen.

Przez 10 kolejnych lat jego praca ograniczała się de facto do przyjmowania sygnałów od obywateli. Aż nastał rok 2001. Tom Jensen dowiedział się o nowej metodzie badania wyjątkowo krótkich lub zniszczonych odcinków DNA, zwanej STR (Short Tandem Repeat). Pozwalała ona odczytać DNA z mikrośladów pozostawionych przez daną osobę, na przykład na klamce, na przycisku dzwonka, czy nawet na kamieniu, który ktoś wziął do ręki. W marcu 2001 r. Tom Jensen zlecił porównanie materiału genetycznego pięciu mężczyzn, którzy wciąż tkwili w jego kartotece jako główni podejrzani, z nasieniem wypreparowanym z narządów płciowych trzech zamordowanych kobiet. Wśród nich był także Gary Leon Ridgway. Wyniki nie pozostawiły najmniejszych wątpliwości. Nasienie w zwłokach ofiar należało do Ridgwaya. Pomyłka była wykluczona. Prawdopodobieństwo, że nasienie należało do innego mężczyzny, wynosi jeden do kilkunastu miliardów.

Ridgway został skazany w 2003 r. na 50 wyroków dożywocia. Uniknął kary śmierci w zamian za współpracę w śledztwie i wskazanie miejsc, w których pozostawiał swoje ofiary. Policjanci i kryminolodzy są jednak przekonani, że stoi on za sprawą jeszcze co najmniej kilkunastu zabójstw, ale nie zdołano mu tego udowodnić.

Robert Suliński