Zaczęło się od Bruce’a Lee

str-16-niewczas

Z Martą Niewczas, multimedalistką świata, Europy i Polski, w Vancouver rozmawiał Krzysztof Pipała.

– Co porabiasz na kanadyjskiej ziemi, Marto?

– Od wielu lat często bywam po „sąsiedzku” w Los Angeles, mieście, które dziś traktuję jak mój drugi dom, bo byłam tam już ponad 30 razy. Postanowiłam teraz zobaczyć coś więcej i przyjechałam na rekonesans do Seattle i Vancouver.

– I co?

– I jestem zachwycona miastem, a jeszcze kiedy mówisz, że warto sie wybrać w kanadyskie Góry Skaliste, to już podjęłam decyzję, że w przyszłym roku przyjadę tu na dłużej.

– A jak to sie stało, że LA stało sie Twoim drugim domem?

W 1992 r. mój mistrz i mentor, Włodzimierz Kwieciński zaprosił mnie po raz pierwszy na wyjazd do Los Angeles. Tam było centralne dojo, czyli z japońskiego miejsce treningów sportów walki, gdzie na zgrupowania przyjeżdżali zawodnicy z całego świata. Zobaczyłam Los Angeles, Hollywood i zrobiły one na mnie ogromne wrażenie. Te wszechobecne światła, wszystko w makroskali, autostrada z sześcioma pasami w jedną stronę… A w Rzeszowie na al. Cieplińskiego nie było wtedy jeszcze nawet dwóch pasów. Ale trener pokazał mi wielki świat po czym szybko sprowadził na ziemię: nie przyjechałam, żeby zwiedzać, tylko żeby pracować. Mieliśmy treningi przez sześć godzin dziennie z przerwą, do nocy nie wychodziłam z sali treningowej. Widziałam neony i napis Hollywood tylko przez szybę samochodu. Schudłam ponad 10 kg. Miałam bąble na nogach, musiałam przebijać je igłą, bo nie dało się trenować w plastrach na nogach. Teraz gdy już nie jestem zawodniczką mam więcej czasu, więc mogę trochę zwiedzać. I zwiedzam.

– A jak w ogóle zaczęła sie Twoja przygoda z karate?

– Jako dziewczynka byłam chyba z 10 razy na filmie „Wejście smoka”. Chciałam być tak sprawna, skoczna, gibka i tak spektakularna jak Bruce Lee. Pod jego wpływem setki osób na całym świecie zaczęły trenować sztuki walki. Ja także. Zawsze byłam niepokorna i zawsze miałam w sobie wojownika. Poszłam na trening karate, choć mama była absolutnie przeciwna mojej nowej fascynacji. Widziała we mnie raczej baletnicę czy może pianistkę. Nawet zapisała mnie do szkoły muzycznej. Skończyłam I stopień tej szkoły i ognisko muzyczne na pianinie i gitarze. To była dla mnie droga krzyżowa, ale dzisiaj jestem mojej mamie wdzięczna, bo dzięki temu mam umiejętność gry na instrumentach. A treningów i tak nie odpuściłam. Ojciec potajemnie dawał mi pieniądze na składki, żebym mogła na nie chodzić. Uwierzył, że mimo tego, że byłam otyłym dzieckiem, mogę w sporcie osiągnąć sukces, dostrzegł w moich oczach pasję. Widział moją nieprawdopodobną determinację. Rodzice pozwalali mi wyjeżdżać na zgrupowania sportowe pod warunkiem, że miałam piątki w szkole muzycznej. Bardzo dużo czasu musiałam więc poświęcać na ćwiczenie na fortepianie. Tak bardzo nie lubiłam grać, że pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam po usamodzielnieniu się, była sprzedaż pianina. Pamiętam, ile przepłakałam, żeby to wszystko pogodzić. Ale im więcej wysiłku musiałam włożyć w przełamywanie oporu wobec mojej pasji w domu, tym mocniej wsiąkałam w karate. Od samego początku wiedziałam, że to nie jest tylko sztuka używania rąk i nóg. Pokora, szacunek do mistrza, punktualność, kary za spóźnianie się na trening – to mi się podobało, to było inne, a ja zawsze lubiłam iść pod prąd. Jednak żebym mogła w tym wytrwać, musiał pojawić się ktoś, kto poda mi rękę…

– No właśnie, kiedy przyszły pierwsze sukcesy?

– To było 28 lat temu. Pojechałam na szkolenie do Krakowa. Wspomniany już przeze mnie wcześniej Włodzimierz Kwieciński, trener, prekursor karate w Polsce, podszedł do mnie i powiedział: „Słuchaj, patrzę, jak ty trenujesz, i chciałbym cię zabrać na Puchar Europy do Rimini we Włoszech”. Pomyślałam: „Boże, ten człowiek widzi we mnie potencjał”. A ja byłam przecież zwykłą dziewczynką z Rzeszowa, nie miałam jeszcze nawet czarnego pasa, tylko brązowy. Pojechałam na ten Puchar Europy i… wygrałam go. Miałam 15 lat i nagle otworzyły się przede mną drzwi do reprezentacji Polski. To był przełomowy moment w życiu. Wokół mnie zaczęło dziać się mnóstwo rzeczy: poznawałam nowych ludzi i miałam coraz większą motywację: nie trenowałam już trzy razy w tygodniu po półtorej godziny, tylko codziennie po trzy godziny. Puchar Europy już mi nie wystarczał. Zaczęłam regularnie wyjeżdżać za granicę na szkolenia. Sama zaczęłam się intensywnie uczyć angielskiego, bo w szkole uczono nas wtedy rosyjskiego.

– Rozumiem, że to Włodzimierz Kwieciński jest najważniejszą postacią w Twojej sportowej karierze.

– Niezaprzeczalnie! Nie był moim przyjacielem, między nami była wyłącznie relacja mistrz–uczeń. Ale nie był też nigdy trenerem, który tylko stał i pokazywał palcem. Choć jest ode mnie o 20 lat starszy, trenował tak samo ciężko jak ja, bez taryfy ulgowej. Tak budował swój autorytet. Znamy się już ponad 20 lat i dziś już wiem, że opowiadając nam wtedy o swoich pasjach i marzeniach, naprawdę je zrealizował, dzięki determinacji i konsekwencji doprowadził je do końca. Stworzył Dojo Stara Wieś, jeden z najpiękniejszych centrów japońskich sztuk walki na świecie, w centrum Polski. Swoją postawą uczył mnie, że nie ma ograniczeń, wystarczy chcieć. Ale uczył też pokory. Mówił: „Nie krytykuj innych, zacznij od siebie. Jeśli chcesz mówić o czyichś brudnych skarpetkach, popatrz na swoje, jeśli chcesz krytykować czyjąś brudną koszule, ty musisz mieć czystą”. Wpoił mi systematyczność. Do dzisiaj nigdy nie odpuściłam treningów, choć trenuję już tylko dwie godziny dziennie. Uczył odpowiedzialności, a punktualność egzekwował bezwzględnie.

– Na przykład jak?

– Kiedy podjęłam decyzję o startowaniu do Sejmu, mocno zaangażowałam się w kampanię, ale jednocześnie trwały przygotowania do mistrzostw Europy w Izraelu. Dwa razy wyjechałam ze zgrupowania sportowego wcześniej, bo miałam konwent wyborczy, dwa razy nie przyjechałam na zgrupowanie na czas, dopiero dzień później. I jaką karę dostałam? Nie zostałam powołana do reprezentacji na mistrzostwa Europy! Ostatecznie pojechałam do Izraela, ale jako trenerka juniorów. Byłam na niego wściekła, myślałam, że mu nigdy tego nie wybaczę. Jak mógł nie powołać aktualnej mistrzyni świata! Ale on powiedział tylko: „Zasady obowiązują wszystkich. Takie same. Jeśli nie miałaś czasu na zgrupowania, to znaczy, że nie zależało ci na mistrzostwach”. Mimo że byłam już osobą dojrzałą i miałam na koncie sukcesy, trener nadal wyznaczał mi twarde granice: „Jeśli je przekraczasz – nieważne kim jesteś – musisz ponieść konsekwencje. To ty zdecydowałaś. Chciałaś złapać dwie sroki za ogon” – mówił mi. Długo przeżywałam ten moment, musiałam tłumaczyć zawodnikom z innych krajów, dlaczego nie startuję: „Nie, nie jestem w ciąży” – bez końca odpowiadałam na takie pytania. Teraz rozumiem, że to była ważna nauka. Ktoś musi nam wskazywać, co jest dobre albo złe, wyznaczać kręgosłup moralny, który nas potem będzie trzymał w pionie. Kwieciński wymagał przestrzegania zasad ode mnie, ale przede wszystkim przestrzegał ich sam. To dzięki Kwiecińskiemu miałam okazję poznać niesamowitych ludzi i miejsca. To dzięki niemu dzisiaj czuję się obywatelką świata. Wyznaczał mi kierunki w myśleniu i w działaniu. Pokazywał mi przysłowiowego króliczka i mówił: „To, czy go dogonisz, zależy wyłącznie od ciebie”. Motywuje mnie do dziś, zawsze mogę do niego zadzwonić, choć nasza relacja, nawet po tylu latach, wciąż pozostała taka, jaka była na początku – z dystansem, jaki dzieli mistrza i ucznia.

– A co z polityką? To Twoja druga pasja?

– Zasadami, które wpoił mi trener, kierowałam się również polityce i… poniosłam porażkę. Sądziłam, że zdanie, które wiecznie powtarzał mi Kwieciński: „Sukces jest miarą wartości pracy”, dotyczy także polityki, ale pomyliłam się. Tam nie ma gry fair jak w sporcie. Zaangażowałam się w politykę, bo po tym, jak zakończyłam karierę sportową, brakowało mi adrenaliny, z której przez lata czerpałam życiową energię. Szybko przekonałam się jednak, że w polityce, owszem, jest adrenalina, ale nie ma zasad. A ja nie potrafię tego zaakceptować. Zostałam wychowana w kulcie kodeksu samuraja, gdzie ważne są honor, uczciwość, lojalność. Nie mogłam zrozumieć bylejakości, nie rozumiałam, jak można wbić przyjacielowi nóż w plecy. Niewielu spotkałam w polityce ludzi, którzy są samurajami, znacznie więcej jest najemników. A ja nie chcę otaczać się najemnikami. Od kilku lat wycofałam się z życia publicznego, ale sporo się nauczyłam. To też zawdzięczam karate: z przegranych walk wynosiłam więcej nauki niż z tych wygranych.

– Pamiętasz swoje ostatnie medale? Zdaje się, że to było całkiem niedawno, kilka lat temu?

– Pamiętam, oczywiście! To było w 2012 roku podczas mistrzostw świata w karate tradycyjnym rozgrywanych w Łodzi. Zdobyłam wówczas złoto w kumite indywidualnym. Po tym, zapowiedziałam koniec ponad 20-letniej kariery. Stwierdziłam, że jest taki moment, w którym czas odbija swoje piętno. Cieszę się, że mogłam kończyć karierę jako zwycięzca, ze złotem na szyi. Nawiasem mówiąc zdobyłam wtedy również srebro w ko-go kumite.

Marta Niewczas – sześciokrotna mistrzyni świata w karate tradycyjnym, wielokrotna mistrzyni Europy i Polski, doktor nauk o kulturze fizycznej, wykładowca Uniwersytetu Rzeszowskiego, była radną trzech kadencji Rady Miasta Rzeszowa. Kandydowała do Parlamentu Europejskiego i Sejmu, startowała też w wyborach na prezydenta Rzeszowa.
Prowadzi Akademię Karate Tradycyjnego w Rzeszowie.