Zaproszenie do teatru

pipala

W teatrze greckim aktorami mogli zostać tylko mężczyźni. Wcielali się oni nawet w role kobiet. Potem był teatr rzymski. To w nim po raz pierwszy zastosowano kurtynę i plakaty teatralne, zwane programinata. Nie bardzo wiem, jak te plakaty powielano – historia głosi, że robili to nadwiślańscy niewolnicy. Inną ciekawostką z tego okresu jest też gatunek sceniczny fabula togata czyli komedia, w której Rzymianie śmieją się z samych siebie (przydałoby się ten gatunek spopularyzować w Polsce, ale to raczej niemożliwe). Teatr ma poważnego konkurenta w postaci kina, które ma tę przewagę nad teatrem, że można w nim jeść popcorn, pić colę i mlaskać. Poza tym bilet do kina jest kilka razy tańszy od teatralnego. Ale niewątpliwą zaletą teatru jest to, że nie ma w nim reklam. No i aktorzy… mniej strzelają. Tak czy inaczej zapotrzebowanie na teatr z całą pewnością nadal istnieje, co pokazała polonijna publiczność podczas wrześniowej wizyty w Vancouver teatru z Polski i co pokaże, mam nadzieję, końcem marca i początkiem kwietnia podczas jednoaktówek naszego mistrza komedii Aleksandra hr. Fredry w wykonaniu naszego Teatru Polskiego Vancouver. W dzisiejszym numerze przybliżam Państwu nieco sylwetkę tego naszego mistrza komedii. Okazuje się bowiem, że ma on w swoim dorobku także niechlubne dzieła, tzw. obsceniczne. Ale czy to rzeczywiście powód do wstydu? Moim zdaniem nie! Fredro nie jest tu jakimś wyjątkiem, a jak twierdzą literaturoznawcy „świńskie” wierszyki zdarzały się nawet naszemu największemu wieszczowi – Adamowi Mickiewiczowi. Zresztą życie wokół teatru aż roi się od pikantnych, ale w sumie zabawnych historyjek i anegdot. Ostatnio przeczytałem zabawną historię z udziałem nieżyjącego już Tadeusza Kantora legendarnego założyciela teatru Cricot 2. Otóż Kantor był ze swoim teatrem w Buenos Aires gdzie zażądał… wydłużenia teatru im. San Martina o 10 cm. Menedżer powiedział mu, że zabytkowego budynku nie można ruszać w ogóle, a już na pewno tknąć nie wolno teatru San Martina. – Mam w dupie San Martina – powiedział dyrektor Cricot 2. Wystraszony tłumacz jął wyjaśniać Kantorowi, że nie wolno obrażać bohatera narodowego Argentyny, podobnie jak nie powiedziałoby się w Krakowie, że się ma w dupie Tadeusza Kościuszkę. – Mam w dupie wszystkie złe teatry – powiedział Kantor – a zwłaszcza zły i za krótki teatr imienia San Martina. I w dupie mam najgorszy z teatrów świata, teatr imienia Tadeusza Kościuszki.

Bardzo lubię też jedną z anegdot z repertuaru Gustawa Holoubka, która w Internecie robi zawrotną karierę. Holoubek tak ją przedstawiał: „W jednym z teatrów na próbie Kalina Jędrusik zapaliła papierosa. Na scenie nie wolno było palić papierosów. Zbliżył się więc strażak i powiedział: – Proszę zgasić papierosa, bo tu nie wolno palić. A Kalina, jak to Kalina, z wdziękiem odparła: – Odpierdol się, strażaku. On strasznie się zamyślił, poszedł za kulisy i tam trwał jakiś czas. Potem nabrał powietrza, wrócił na scenę, ale tam już nie było Kaliny, tylko Basia Rylska. On jednak tego nie zauważył, bo oczy zaszły mu bielmem z wściekłości, i krzyknął do Rylskiej: – Ja też potrafię przeklinać, ty kurwo stara. Kompletnie zdumiona Basia pobiegła do Edwarda Dziewońskiego, który był reżyserem spektaklu, i powiedziała mu, że strażak zwariował, bo ją zwyzywał bez żadnego powodu. Dziewoński strasznie się zezłościł, poszedł do strażaka i powiedział: – A pan jest chuj. Przy czym strażak był już inny”.

Jest jeszcze jedna anegdota, którą bardzo lubię. Dotyczy ona wspomnianego mistrza scen polskich Gustawa Holoubka i Jana Himilsbacha, aktora, pisarza, kamieniarza i… nałogowego pijaka. Rzecz działa się w SPATiF-ie, w Warszawie. To było takie miejsce w którym się ludzie nie umawiali, tylko jeśli miało się sprawę do kogoś ze świata filmu lub literatury, można było śmiało założyć, że spotka się go przy słynnym szklanym barze. Bo dla większości popularnych aktorów scen warszawskich wieczorna wizyta w tym lokalu była naturalnym punktem w planie dnia. Po prostu warszawskim SPATiF-ie się piło, dostawało w zęby za niepochlebną recenzję, a czasami umierało. Ale nie przyjść to byłby wielki nietakt. I właśnie do owego „Spatifu” wtoczyli się pijani Jan Himilsbach ze Zdzisławem Maklakiewiczem. Himilsbach stojąc jeszcze w drzwiach wrzasnął na całą salę: – Inteligencja wypierdalać! Na to Gustaw Holoubek wstał dostojnie i równie dostojnie przemówił: – Nie wiem jak Państwo, ale ja wypierdalam. I wyszedł.

Dzisiaj tamtego SPATiFu już nie ma. Ale teatry wciąż istnieją i w większości mają się dobrze! Zapraszam Państwa serdecznie na dobrą zabawę z Fredrą!

Krzysztof Pipała, redaktor naczelny Głosu Polonii

Dla niektórych z Państwa, być może jakieś słowa w tym tekście użyte są zbyt wulgarne. Ale bez nich nie dałoby się oddać całego komizmu sytuacji.
Niemniej tych, których uraziłem – przepraszam.
Krzysztof Pipała