Zboczeniec w sutannie

str-18-zboczeniec

Kobieta ma dziś 37 lat. 28 lat temu miała 9 i jak przystało na dziecko wychowywane w katolickiej rodzinie, przed każdym pierwszym piątkiem miesiąca chodziła do spowiedzi. Mieszkała na południowo-wschodnich krańcach województwa małopolskiego, w Gorlicach. Tamtego dnia do spowiedzi poszła, jak zwykle zresztą, do kościoła Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. Nie chce o tym rozmawiać, upoważnia do rozmowy matkę.

Pani Hanna sięga do tamtego dnia, którego nigdy nie zdołała wymazać ze swojej pamięci i opowiada dziennikarzowi, jak wtedy właśnie wyglądała spowiedź jej córki Małgorzaty. Spowiadał ją ksiądz Andrzej M. Zaczął od pytania:- Twój tatuś wkłada ci palce do cipki?

Małgosia: – Nie, proszę księdza, tatuś niczego takiego nie robi.

Ksiądz: – Na pewno wkłada ci paluszki. Podnieca cię to?

Małgosia: – Nie, przysięgam, nie robi.

Ksiądz: – Lubisz wytrysk tatusia na swoje cipce?

Małgosia: – Przysięgam, nic nie robi.

Ksiądz: – Ty kłamczucho. Za to, że kłamiesz i przysięgasz, nie dam ci rozgrzeszenia.

Pani Hanna wspomina, że patrzyła przez okno na powrót córki z kościoła i już z daleka wiedziała, że coś jest nie tak. Dziecko było roztrzęsione, przybite, ze wzrokiem utkwionym w podłodze. Zaczęła wypytywać. Gdy powoli wyciągnęła z córki, o co pytał ja ksiądz, wsiadła do auta, wpadła do kościoła z krzykiem: „Gdzie ty, skurwysynie, jesteś?!”. Z kilku spowiadających księży tylko jeden uciekł do zakrystii. Pani Hanna pobiegła za nim, ale zdążył zatrzasnąć drzwi od środka, więc waliła w nie pięściami krzycząc, by wyszedł. Nie wyszedł. Wikary, który jej córkę przygotowywał do komunii, chciał ją uspokoić i zażegnać sytuację, ale powiedziała, że jak chce z nią rozmawiać, to nie w kościele, tylko u niej w domu. Przyjechał jeszcze tego samego dnia i dał Małgosi obrazek z zaliczoną spowiedzią w siódmy pierwszy piątek. Wtedy pani Hanna mu powiedziała, że ma w dupie ich obrazki i że Małgosia już nigdy do spowiedzi nie pójdzie. Gorlice wpadły w stan ekstazy, że matce Małgosi odbiło. Rzadko który rodzic potrafił pokusić się o refleksje, jak zachowałby się w jej sytuacji.

Ksiądz Andrzej M., który Małgosię spowiadał, okazał się być proboszczem innej gorlickiej parafii. U parafian miał opinię księdza przedsiębiorczego, bo zbudował kościół, w którym został proboszczem, ale też zboczeńca. O tym drugim jego obliczu wszyscy w Gorlicach wiedzieli, ale nikt tego głośno nie mówił i nikt mu też tego nie wytykał. Pani Hanna była pierwszą i jedyną, która zrobiła mu z tego powodu awanturę. To nie pierwszy ksiądz o dwóch twarzach, któremu parafianie wybaczali nieprawości tylko dlatego, że skrócił im drogę do kościoła. Jeden z parafian z miejscowości na drugim krańcu Polski indagowany o pedofilię proboszcza odpowiedział: „Może z tymi dziećmi to i prawda, ale kościół zbudował”. Mentalność, która może wywołać szok.

Pani Hanna mówi, że przecież zboczony spowiednik jej dziecka sam swoimi rękami tego kościoła przecież nie wybudował i także nie ze swoich pieniędzy. Na pytanie, dlaczego 28 lat temu, czyli w roku 1992, nie poszła na policję, odpowiada, że wtedy nie miała świadomości, że można nasłać policję na księdza. Kilkusetletnia indoktrynacja wiernych, wpajanie, że ksiądz jest niemal święty, bo ma kontakt z bogiem, naruszała logiczne myślenie. Dziś dziwi się sama sobie, że tego nie zrobiła, bo miała już przecież za sobą doświadczenie z księżowską czystością. Ojciec był lekarzem, mieszkali na wsi i gdy rodzicie gdzieś wyjeżdżali, zostawiali dzieci z pielęgniarką. Któregoś dnia, gdy pielęgniarka ułożyła już dzieci do łóżek, przyszedł do pielęgniarki miejscowy proboszcz. Pamięta, że się przebudziła i nakryła wielebnego w trakcie ostrego seksu z pielęgniarką. Zawstydziła się tym, co zobaczyła, nikomu nic nie powiedziała, ale od tego czasu wobec każdego wielebnego była już nieufna.

O tym, co spotkało Małgosię podczas spowiedzi powiedziała mężowi dopiero po latach. Pracował za granicą, rzadko przebywał w domu, Małgosia była jego ukochaną córką i matka nie chciała, by ojciec czuł się przy niej nieswojo. Zboczonemu proboszczowi (mimo że nadal mieszka w Gorlicach, nigdy go więcej nie spotkała) nie może wybaczyć, że osłabił miłość dziecka do ojca i przedwcześnie wprowadził w świat seksualności.

11 lat później pani Hanna przeczytała w gazecie, że proboszcz Andrzej M. molestował też obecnego jezuitę, Krzysztofa Mądla, gdy ten miał 9 lat. To było 45 lat temu. Podobnie jak inne dzieci, także jego zaprosił na plebanię i zaczął wypytywać według pewnie swego stałego scenariusza:

Ksiądz: – Krzysiu, czy tu ruszasz sobie rączką peniska?

Krzysztof: – Nie, nie.

Ksiądz: – Na pewno nie dotykasz się tam?

Krzysztof: – Nie, nie.

Ksiądz: – Krzysiu, dlaczego oglądałeś film, który może oglądać tylko mamusia z tatusiem?

Krzysztof: – Nie oglądałem.

Ksiądz: – Oglądałeś. Co tam widziałeś?

Krzysztof: – Nie oglądałem.

Ksiądz: – Co oni sobie robili w tym filmie? Gdzie pan całował panią?

Ponad 50-letni dziś zakonnik opowiada, że ksiądz Andrzej M. nie tylko jego zaciągał na plebanię. Także inne dzieci. Kazał się im rozbierać, ale tylko oglądał. Nigdy nie doszło do fizycznego molestowania. Zaczynało się i kończyło na słownym.

Pani Hanna wspomina, że gdy siedem lat temu przeczytała w gazecie, iż ksiądz Andrzej M. molestował jezuitę, napisała na Facebooku, że to samo spotkało jej córkę. Wtedy przyszedł do niej były milicjant z Gorlic i opowiedział, że miał niemal kompletny materiał na proboszcza, który wystarczyłby do postawienia mu zarzutów. Zameldował o tym przełożonym, ale w odpowiedzi usłyszał, by tego dalej nie ruszał i polecili mu przejść na emeryturę. Na pytanie, czy teraz nie opowiedziałby tego dziennikarzowi, odparł, że nie ma szans, bo żona codziennie siedzi w kościele i nie da złego słowa powiedzieć na wielebnych, a on nie chce sobie zatruwać życia na starość.

Pani Hanna mówi, że dziś nie zastanawiałaby się ani chwili i natychmiast zawiadomiłaby nie tylko policję, ale od razu prokuratora, a przede wszystkim media. Rozdmuchałaby sprawę na wszystkie strony, bo czas skończyć ze zboczeńcami wykorzystującymi ufność małych dzieci. Na końcu poinformowałaby biskupa, ale tylko dla formalności, ponieważ zdaje sobie sprawę, że jeszcze dziś ze strony tak zwanych hierarchów pozytywnego odzewu by nie było. Umieją skutecznie kryć swoje grzechy.

Zakonnik wspomina: – Brał mnie na kolana i tak sadzał, że czułem jego erekcję. Po opowiastkach szedł do łazienki.

Inny mężczyzna, były ministrant: – Miałem 12 lat. Ksiądz kazał mi zostać po mszy w zakrystii. Zaczął wypytywać, czy oglądam pornograficzne gazety. Mimo że zaprzeczyłem, tłumaczył, że kiedy mężczyzna widzi kobiece piersi, to do członka napływa krew i członek się podnosi. Jeśli sobie pomoże ręka, to dojdzie do wytrysku. Zapytał, jakie zdjęcia by mnie podnieciły. Cycki czy penis?

Trzydziestokilkuletnia kobieta: – Podczas spowiedzi (…) zaczął mnie wypytywać. Czy podglądam mamusię, kiedy się kąpie? Czy lubię wąchać majtki rodziców? Czy dotykam się już tam? Kiedy zaprzeczałam, denerwował się i mówił, że kłamię.

Zdaniem prawników, którzy zajmują się molestowaniem nieletnich, polskie prawo ściga jedynie przypadki fizycznego molestowania dzieci przez dorosłych. Szeroki wachlarz zachowań słownych, które de facto są również molestowaniem i często przygotowaniem do kontaktu fizycznego, pozostaje bezkarny. Zdaniem zaś psychologów one również rzutują negatywnie na psychikę ofiar, także w dorosłym wieku.

Parafia w Gorlicach, w której były jej proboszcz Andrzej M. spędza jesień swego życia, podlega diecezji rzeszowskiej. Jej szefem jest biskup Jan Wątroba. Władze tej diecezji, indagowane przez dziennikarza na temat przeszłości swego podwładnego, odpowiedziały: „Władzom kościelnym nie jest wiadome, aby toczyło się jakiekolwiek postępowanie przed organami państwowymi. (…)O winie kogokolwiek decydują tylko rozstrzygnięcia podjęte po zastosowaniu procedur prawnych, a nie czyjeś opinie”.

Jak można się było spodziewać – arogancja i buta wynikające z poczucia absolutnej bezkarności.

Antonina Kowalczuk

PS W zredagowaniu tekstu posłużyłam się obszernymi cytatami i informacjami z reportażu Marcina Wójcika pt. „Ksiądz wypytuje seksualnie”, zamieszczonym w „Dużym Formacie” (dodatek do „Gazety Wyborczej”) z dnia 2 marca 2020 r.

AK