Żelazne Polki

str-24-patrycja-bereznowska

Żelazna wola, żelazny charakter, no i oczywiście żelazne zdrowie. Te trzy cechy niewątpliwie zadecydowały o sukcesie dwóch Polek, o których w mediach coś tam się mówiło, ale nie na tyle, by docenić rangę ich dokonań. Joanna Pajkowska, kapitan żeglugi jachtowej, 28 kwietnia tego roku, po 216 dniach samotnej żeglugi (wypłynęła 23 września 2018 r.) zawitała do mariny w angielskim Plymouth, kończąc tym samym samotny rejs dookoła świata bez zawijania do portów klasyczną trasą, czyli wokół przylądków Dobrej Nadziei, Leeuwin i Horn.

Joanna Pajkowska jest pierwszą Polką, która dokonała takiego wyczynu. Przed nią samotny rejs dookoła świata ukończyło tylko trzech Polaków i wszyscy byli płci męskiej: Henryk Jaskuła, Tomasz Lewandowski i Szymon Kuczyński. Warto jednak w tym miejscu przypomnieć (pisaliśmy o tym w jednym z poprzednich wydań naszej gazety), że pierwszą w historii świata kobietą, która samotnie opłynęła kulę ziemską, była Polka, Krystyna Chojnowska-Liskiewicz. Z tym, że jej rejs (trwał dwa lata i zakończył się w kwietniu 1978 r.) nie miał statusu non stop, ponieważ żeglarka zawijała do portów.

str-24-joanna-pajkowskaO ile Joanna Pajkowska miała przez większą część „dogadywać się”, jak mówi, z żywiołami oceanów, o tyle Patrycja Bereznowska „dogadywała się” ze swoim organizmem na trasie morderczego ultramaratonu Badwater 135. Rozgrywany jest na trasie 217 kilometrów, czyli 135 mil (stąd jego nazwa Badwater 135). W przypadku biegaczy długodystansowych taki dystans to nic nadzwyczajnego, nie stanowi jakiegoś arcytrudnego wyzwania, tyle tylko że supermaraton Badwater 135 biegnie przez koszmarną Dolinę Śmierci na położonej w depresji części pustyni Mojave w południowej Kalifornii. Patrycja Bereznowska wystartowała na trasę o godz. 20 piętnastego lipca bieżącego roku, na metę wbiegła po ponad 20 godzinach już 16 lipca. Ponieważ Joanna Pajkowska ukończyła swój rejs 28 kwietnia br., więc to od niej rozpoczniemy prezentację „żelaznych Polek”. Ze względu na ograniczoną ilość miejsca w telegraficznym oczywiście skrócie.

Kapitan Joanna Pajkowska jest warszawianką, studiowała na SGPiS (dziś SGH – Szkoła Główna Handlowa) i jej pasja zaczęła się właśnie w studenckim klubie żeglarskim w polskiej stolicy. Po studiach był wyjazd do Anglii na dwa miesiące, by zarobić pieniądze na życie, bo w Polsce nie miała niczego. Dwumiesięczny w założeniu wyjazd przedłużył się do 13 lat. Pani Joanna imała się prac różnych, m.in. pasła owce i pomagała przyjść na świat ich potomstwu, ale cały czas rozglądała się za pracą przy łódkach. Zrobiła m.in. kurs operatora dźwigu, więc wodowała i wyciągała z wody jachty. Ale przede wszystkim dużo pływała, wciągała się do wielu załóg, brała udział w regatach. Z każdym rejsem zdobywała kolejne doświadczenia, ponieważ kiedyś jej marzeniem był samotny rejs dookoła świata bez zawijania do portów. Z czasem owo marzenie stało się celem, ku któremu postanowiła z żelazną konsekwencją zmierzać i któremu podporządkowała całe swoje życie.

Po raz pierwszy wyruszyła w taki rejs w roku 2008 i zakończyła go w roku 2009. Wypłynęła z Panamy po jej zachodniej stronie, rejs zakończyła po stronie wschodniej, atlantyckiej. Okrążyła glob w 198 dni, ale żeglarscy ortodoksi nie zaliczają jej owego rejsu do kategorii „dookoła świata”, ponieważ twierdzą, że na takie miano zasługuje on tylko wtedy, gdy zakończy się go w porcie wypłynięcia. Pani Joanna nie chciała zaś przepłynąć do punktu startu Kanałem Panamskim, ponieważ musiałaby przyjąć na pokład pilota i rejs straciłby status „solo” (samotnego). Nie udało się też całej trasy pokonać non-stop, ponieważ płynęła małą łódką (8,5 m długości) i gdy w okolicach Przylądka Dobrej Nadziei pojawił się bardzo silny sztorm, musiała się przed nim schronić w Port Elizabeth.

Po 10 latach wyszła ponownie na ocean, by samotnie opłynąć świat, ale już na znacznie większym jachcie (12,18 m długości). Udostępnił go pani Joannie niemiecki żeglarz Uwe Röttgering, z którym w 2017 roku tworzyła zwycięską załogę w słynnych transatlantyckich regatach dwuosobowych TWOSTAR.

Joanna Pajkowska ma ledwie 160 cm wzrostu i wielu ludziom wydaje się wręcz niemożliwe, by zrobiła, co zrobiła. Tym bardziej, że opowiadając o samotnym rejsie pomniejsza grozę, jaką może wywołać u człowieka oceaniczny żywioł. – Fatycznie, ludzie mi mówią, że opowiadam o tym rejsie, jakby to było nic takiego, niedzielna wycieczka na Hel – mówi Joanna Pajkowska. – Płynęłam trudną trasą, na oceanach południowych, gdzie są najtrudniejsze warunki, ogromne fale, nawet 12-metrowe. Łódź trzeba kontrolować, żeby nie płynęła za szybko, bo zjazd z takiej fali z dużą prędkością może być niebezpieczny. (…) Gdy jest się w dole takiej fali, dookoła nic nie widać, tylko następną falę z tyłu. Lepiej nie patrzeć. Były takie momenty, kiedy wszystkie paznokcie obgryzłam. Ale cały czas sobie powtarzałam, że jestem tu dla przyjemności. Że jest trudno, ale to się musi skończyć. (…) Dwa miesiące po ukończeniu rejsu, patrząc z perspektywy, to mi się wydaje, że na oceanie zawsze jest fajnie. Już zapomniałem o trudnych momentach.

Zupełnie innym warunkom musiała natomiast sprostać Patrycja Bereznowska biegnąc w koszmarnym upale przez Dolinę Śmierci na kalifornijskiej pustyni Mojave. Temperatura powietrza sięga tam nawet 55 stopni C. Do ultramaratonu Badwater 135 startuje się wieczorem z wyschniętego dna słonego jeziora Badwater (86 metrów poniżej poziomu morza), natomiast meta znajduje się na stoku Mount Whitney, na wysokości 2548 m n.p.m. Aby wystartować w tym maratonie trzeba mieć ukończone trzy biegi na dystansie 100 mil, które zaczynają się i kończą w innym punkcie. Pani Patrycja zaliczyła je w Grecji, Irlandii i w Niemczech.

Polka, która po raz pierwszy wystartowała w Badwater 135, stała się rewelacją tegorocznej jego edycji. Przebiegła morderczą trasę w 24 godziny 13 minut i 24 sekundy, poprawiając aż o 1 godz. i 40 min. dotychczasowy kobiecy rekord ultramaratonu. W tym roku następna biegaczka przekroczyła linię mety dopiero 5 godz. 13 min. i 21 sek. po Polce. Ale niewiele brakowało, by Bereznowska wygrała tegoroczny bieg w kategorii open. Wbiegła bowiem na metę jako druga, tylko za zwycięzcą, Japończykiem Yoshihiko Ishikawą. Ale ostatni odcinek trasy, którym była stroma wspinaczka po zboczu Mount Whitney, przebiegła najszybciej. Po biegu powiedziała:

To był bieg, w którym w ogóle się nie pociłam. Wszelka wilgoć parowała ze skóry natychmiast. Warunki na trasie panują piekielne. To tak, jakby w nieprawdopodobnym upale włączyć suszarkę nastawioną na maksymalne grzanie, bo gorący wiatr w Dolinie Śmierci jeszcze bardziej utrudnia życie. Podczas biegu niemal non stop trzeba popijać płyny, bo w takich warunkach momentalnie zasycha w gardle. Zawodnicy są zazwyczaj dość szczelnie poubierani, ponieważ goła skóra wystawiona na słońce to niemal pewne poparzenia. Podczas rywalizacji woda i lód są na wagę złota. Każde auto wspierające uczestników jest nim wyładowane po sufit. Przed zawodami zaopatrzyliśmy się w przenośne chłodziarki i wypełniliśmy je lodem, ale żaden lód nie utrzyma się przez ponad 20 godzin w takich piekielnych warunkach, dlatego trzeba było go dokupować po drodze. Było to możliwe w wyznaczonych przez organizatora punktach. Za pięciokrotnie wyższą cenę niż standardowa.

W tegorocznym Batwater 135 wzięło udział 95 osób, w tej liczbie 26 kobiet, zaś ukończyło 79, w tym 21 kobiet. Wpisowe do tego ultramaratonu wynosi 1500 dol. Poza klamrą do paska z napisem Badwater 135, nie ma żadnych nagród. Patrycja Bereznowska jest indywidualną i drużynową mistrzynią świata w biegu 24-godzinnym (poza bieżnią). Jej wynik to 259,991 km.

Badwater 135 jest marzeniem każdego biegacza długodystansowego, zarówno ze względu na warunki, w jakich sie odbywa, jak też ostre kryteria kwalifikacyjne. Biegacze w różny sposób przygotowują swój organizm, by sprostał warunkom panującym w Dolinie Śmierci. W przypadku Polki wyglądały one następująco:

– Najpierw w Polsce trenowałam w saunie, by przyzwyczajać powoli organizm do trudnych warunków. W zimie biegałam też sporo na mechanicznej bieżni w ciepłych pomieszczeniach, poprawiając przy okazji rekord Guinnessa w biegu 12-godzinnym na tym urządzeniu. Potem, bezpośrednio przed startem, trzy tygodnie biegałam w Arizonie, gdzie warunki były bardzo zbliżone do tych panujących w Dolinie Śmierci – mówiła Patrycja Bereznowska.

Zarówno sam start, jak też przygotowania są bardzo kosztowne. Biegaczy długodystansowych nie wspomaga w Polsce żaden sportowy związek, sponsorzy też się do nich nie garną, bo co by się nie rzekło jest to dyscyplina niszowa, wręcz kameralna. Patrycja Bereznowska mówi, że odwołała się do internatów poprze stronę zrzutka.pl. Spotkała się z pozytywnym odzewem, dzięki czemu mogła wziąć udział w tym najbardziej prestiżowym na świecie ultramaratonie.

Z zawodu Patrycja Bereznowska jest zootechnikiem. Ma tytuł doktora w tej specjalności.

Patryk Musiał