Zenon Przybylak, 96-letni weteran-pilot

str-11-zenon-przybylak

Zenon Tomasz Przybylak, dzisiaj 96-letni weteran-pilot, jest dumny z dobrze podjętej decyzji, z przebytej drogi oraz ze spełnionego obowiązku patriotycznego. A przecież droga była długa, żmudna i niebezpieczna. Spróbujmy ją pokrótce prześledzić korzystając z autobiografii bohatera. Urodził się 4 stycznia 1923 r. w Łodzi, w rodzinie Stanisława i Jadwigi Przybylaków. Miał siostrę Mariannę zwaną Marychną. Patriotyczna rodzina Przybylaków pochodziła z okolic Żychlina koło Kutna. Ranny w wojnie z Bolszewikami w 1920 r. ojciec, po rehabilitacji zdrowotnej wstąpił do policji i przydzielony do posterunku w Nalibokach, ówczesne województwo Nowogrodzkie (dzisiaj Białoruś), przeniósł się z rodziną pod sowiecką granicę.

W 1930 r. Zenek rozpoczął naukę w szkole podstawowej w Nalibokach. Skończył ją już w Baranowiczach po służbowym przeniesieniu ojca do Leśnej koło Baranowicz. Pan Zenon z czułością wspomina piękny dom w Leśnej i duży ogród z ulami. W Baranowiczach ukończył też pierwsze trzy klasy Gimnazjum Reytana nr 917. Dalszą naukę przerwał początek II wojny światowej. Pan Zenon tak go wspomina: – Pierwszego września 1939 r. piekło od Niemców z Zachodu, a następnie, 17 września, drugie piekło od Sowietów, ze Wschodu.

 

Wywózka na Syberię

Pierwsza część stalinowskich wywózek Polaków ze wschodniej Polski do Rosji w pierwszej połowie 1940 r. objęła 1.2 miliona ludzi. Byli wśród nich Zenon Przybylak, jego matka Jadwiga i siostra Marychna.

Pan Zenon pamięta doskonale trasę przejazdu ich pociągu. Przypomina sobie, że ludność wielkich miast sowieckich przez które przejeżdżali już nawet nie zwracała uwagi na jęki dochodzące z wagonów: za dużo tego było w ostatnich czasach – przyzwyczajono się. Po dwutygodniowej podróży, bez wody pitnej i w tragicznych warunkach higienicznych, pociąg dotarł do stacji przeznaczenia w miejscowości Tokuszek na Syberii. Stąd przeładowani na ciężarówki ludzie zostali rozwiezieni po całym obszarze. Rodzinę Przybylaków przydzielono do kołchozu „Nufield”, zamieszkałego w większości przez Niemców. Nowoprzybyli sami musieli znaleźć sobie kwatery u miejscowej ludności. Bycie Polakiem w niemieckim kołchozie, zarządzanym przez nienawidzącego Polaków niemieckiego komunistę, to martylologia trudna do wyobrażenia. A jednak los rodzinie Przybylaków, zgotował właśnie takie życie. Do ciężkiej międzyludzkiej sytuacji dochodziły jeszcze okrutne warunki pogodowe. Zimy z temperaturami do minus 40 stopni Celsjusza oraz lata z plus 45 stopniami. Odmrożone i do dzisiaj bolące policzki pana Zenona są rezultatem tamtego etapu życia, który tak wspomina: – Życie w kołchozie dla wszystkich ludzi było prymitywne. Nie było wody, elektryczności, a ubikacje to były dziury przykryte deską. Dookoła pustynia […] – to nie życie tylko gehenna. Uciekł z tej gehenny do Kazachstanu. Udało mu się znaleźć posadę pracownika przy elewatorze. Przez dwa lata harował przenosząc na plecach ciężkie worki ze zbożem; dla nieprzyzwyczajonego nastolatka, przy niedostatecznym wyżywieniu, była to bardzo wyczerpująca i wyniszczająca praca.

Druga odyseja

Sytuacja Polaków w Rosji uległa zmianie 22 czerwca 1941 roku, kiedy to nazistowskie Niemcy, wbrew podpisanym paktom współpracy z komunistyczną Rosją, oficjalnie wypowiedziały Sowietom wojnę. Nie było już powodu, by zatrzymywać Polaków w obozach. W porozumieniu z Rządem Polskim na uchodźctwie w Londynie, Stalin zdecydował się uwolnić ich wszystkich. „Wolny” Zenon bez namysłu postanowił dołączyć do formującego się Wojska Polskiego w Rosji.

I tu zaczyna się jego druga, choć przecież nie ostatnia, odyseja: droga przez Kujbyszew i Uzbekistan do Taszkientu, gdzie trzeba było przejść sprawdzenie i dezynfekcję. Po wielu tarapatach w podróży, Zenek dotarł w końcu do Guzaru w Uzbekistanie, do zakwaterowanych w namiotach żołnierzy młodej Armii Polskiej. I tu warunki życia pozostawiały wiele do życzenia: spanie w namiotach na gołej ziemi, marne wyżywienie, ale przede wszystkim szalejący tyfus dziesiątkowały i tak wyczerpanych i wycieńczonych ochotników. Zenon też nie wywinął się tyfusowi. Z miejsca stacjonowania obozu do przerobionego na szpital muzułmańskiego meczetu dotarł, wraz z pięcioma innymi chorymi, na wozie „ciągniętym” dosłownie przez kolegów żołnierzy. Położony został w jednym łóżku z innym chorym (jak wszyscy – z braku miejsca), który w nocy umarł. Chciałoby się powiedzieć: „Na szczęście umarł”, gdyby jego miejsce nie zostało natychmiast „wypełnione” przez nowego chorego. „Nowy” także zmarł jeszcze tej samej nocy. A pan Zenon do dziś dnia jest przekonany, że pozostawiona przez zmarłego butelka wina i kilka winogron, które natychmiast spożył, uratowały mu życie. Po tej uczcie spał całą noc wyśmienicie i uzdrawiająco. Udało się tym razem umknąć śmierci. Uda się jeszcze kilka razy w jego życiu, a pan Zenon wierzy głęboko, że to dzięki modlącej się za niego na Syberii matce.

Po wyjściu ze szpitala na Zenona czekała kolejna długa podróż lądowa przez Kermine (z obozu polskich lotników) do Krasnovodzka nad Morzem Kaspijskim, a stamtąd dalej już promem do Pahlivi. Pan Zenon wspomina: – Ja czułem się bardzo szczęśliwy opuszczając sowiecką Rosję, bo miałem takie szczęście zostawić to piekło na ziemi i dostać się do nieba – prawie do nieba.

A do tego „nieba” dostał się pan Zenon już w brytyjskim mundurze. I znowu droga. Ciężarówkami do Teheranu, stamtąd pociągiem do Ahvaz przez 120 tuneli! Ale za to w jakim cudownym nastroju, bo było już co jeść i pić, nawet, jeśli ciągle nie było widać końca podróży. Z Ahvaz trzeba było dojechać do Zatoki Perskiej, a stamtąd brytyjskim statkiem transportowym „City of Cartembury” do Bombaju w Indiach. Tu przesiadka na pokład statku „Avetea” należącego do Nowej Zelandii. Ten przystosowany do potrzeb transportu wojskowego statek pasażerski bardzo szybko dowiózł żołnierzy, zresztą nie tylko polskich, ale i innych narodowości, do Cape Town w Afryce Południowej. Tam przejście na pływający pod holenderską banderą statek „Amsterdam”- żołnierski hotel na okres pobytu w Cape Town. Niedługi to był pobyt, bo już po kilku dniach polscy lotnicy zostali przydzieleni na norweski statek pasażerski „Bergen Fjord”, który zabrał ich do Sierra Leone. Stąd już tylko jeden, ostatni etap morski dzielił polskich lotników od upragnionej Szkocji i czynnego uczestnictwa w walce z wrogiem. I choć opisy podróży morskich Zenka brzmią dosyć łagodnie, momentami nawet sielankowo, prawda wyglądała inaczej. Droga morska z Afryki Południowej do Szkocji była trudna i niebezpieczna, a najgorsze, że mogła się w każdej chwili zakończyć śmiercią. W 1942 r. wody morskie wokół Afryki naszpikowane były niemieckimi łodziami podwodnymi, torpedującymi wszystko, co miało nieszczęście pływać w zasięgu ich radarów. To właśnie w 1942 r. zjednoczone siły morskie Aliantów doznały największych strat we flocie morskiej. Na szkockiej ziemi droga wiodła przez Kirkaldy i Caldenbith do obozu jenieckiego na zachodzie Szkocji, gdzie wszyscy przechodzili dziesięciodniową kwarantannę.

Defenders of Warsaw

Zenon został po niej odesłany do St. Andrews nad Morzem Północnym na szkolenie, a stamtąd, już w mundurze lotnika RAF-u, na dalsze szkolenie do Hucknall koło Nothingam. Tu Zenon Przybylak wykonał swój pierwszy rozpoznawczy lot, jeszcze w obecności instruktora, sierżanta Adamieckiego. To właśnie po tym locie Zenon uświadomił sobie swoje powołanie, formułując myśl, użytą za motto tego życiorysu. I wreszcie wielki dzień: 20 maja 1943 r., pierwszy samodzielny lot Zenona, a od 29 czerwca 1943 r., regularne loty na nowoczesnej, dwusilnikowej maszynie „Oxford”. Odtąd kariera Zenona-pilota, by tak rzec, ostrym lotem poszła w górę. W lipcu 1943 r. awansował na sierżanta i odbywał loty w ramach Dywizjonu 577 w Sealand koło Chester. Tam też zdobył kolejne wykształcenie: pilotaż samolotów myśliwskich, i natychmiast został odesłany do Honiton koło Cambridge na spotkanie swej nowej załogi. Dwukrotnie starsi koledzy od razu doczepili swemu nowemu dowódcy, jako najmłodszemu, przydomek „Synek”. Cała załoga została raz jeszcze przeszkolona i latała na ówcześnie największym bombowcu – czterosilnikowym „Sterlingu”. W 1944 r. załogę sierżanta Przybylaka oddelegowano na osiem miesięcy do Campo Casale, włoskiej bazy RAF-u. Celem lotów była, m.in., pomoc Powstaniu Warszawskiemu oraz dostarczanie sprzętu wojennego, walczącej na terenie, Polski Armii Krajowej. Pierwszy lot, z posiłkami dla walczącej Warszawy, odbył się 9 sierpnia 1944 r., i trwał 10 godzin i 30 minut. Dwa dni później, 12 sierpnia, drugi lot – z samolotu załoga obserwowała już całkowicie palącą się Warszawę. Ostrzeliwani przez niemiecką artylerię przeciwlotniczą wypełnili zadanie i po raz kolejny wyszli cało z niebezpiecznej misji, z której wielu innych kolegów-pilotów nie wróciło. Zenon Przybylak wykonał w sumie 30 lotów do Polski z włoskiego Brindisi nad wybrzeżem Adriatyku. Wszystkie te loty odbywały się nad okupowanymi przez Niemców częściami Europy i pod ciągłymi atakami niemieckiej artylerii przeciwlotniczej. Za bohaterską walkę, Eskadrze 1586, do której należała również załoga Zenona Przybylaka, został nadany tytuł: „Defenders of Warsaw”.

str-11-zenon-przybylak2Emigracja do Kanady

Początkiem 1945 r. loty operacyjne dobiegły końca. 8 lutego Zenon Przybylak odbył swój ostatni lot bojowy i zdecydował się wrócić do Anglii, gdzie od 1945 do 1950 r. latał na samolotach transportowych. Złożony ciężką chorobą spędził rok w szpitalu, który opuścił jako inwalida wojenny. Podjął naukę u zegarmistrza i pracował w tym zawodzie przez pięć lat, do wyjazdu razem ze swoją pierwszą żoną, Angielką Joan Beaks, do Kanady w 1958 r. Państwo Przybylakowie zamieszkali w Windsor w Ontario, gdzie pan Zenon przez 13 lat pracował w Peoples Jewellers. W 1977 r. Przybylakowie z córkami: Jennie i Susan przeprowadzili się do West Vancouver w Kolumbii Brytyjskiej. Tu pan Zenon przekwalifikował się na biegłego w wycenie nieruchomości. Zawód ten wykonywał do emerytury.

Dwa lata po śmierci żony, w 2004 r., pan Zenon ożenił się po raz drugi, z Polką, Jadwigą. Polska para z entuzjazmem pielęgnowała polskie zwyczaje, preferowała polską kuchnię, a od 2005 r. Jadwiga i Zenon Przybylakowie regularnie odwiedzali kraj rodzinny: pan Zenon siostrę Marychnę, a pani Jadwiga syna z poprzedniego związku. Państwo Przybylakowie mieszkają dzisiaj w Surrey.

Tą biografią składamy hołd pilotowi-weteranowi!

Elżbieta Kuc-Schneider , wiceprezes KPK BC