Złodzieje króla Szwecji

str-26

Kradli wszystko, co tylko wpadło im w ręce. Rabunek był tym większy, że król pozwolił kraść każdemu żołnierzowi z osobna. Okradali więc zamki i pałace, kościoły (wywozili z nich nawet ambony) i klasztory, drzwi, meble i obrazy, pozostawiali z niczym mieszczan i co majętniejszych chłopów kradnąc garnki, koszule i suknie. Królem złodziei, którzy okradli Polskę, był Karol Gustaw, król Szwecji.

Wielu historyków twierdzi, że upadek gospodarczy Polski rozpoczął się od najazdu Szwedów w XVII wieku, który w świadomości Polaków zapisał się za sprawą Henryka Sienkiewicza jako „potop”. Z tą tezą wielu się zgadza, ale wielu też wskazuje, że na agonię Polski, która rozpoczęła się w tym „przeklętym” XVII wieku, złożyło się wiele. Przede wszystkim wiele wojen, bo Rzeczpospolita toczyła wtedy wojny z Tatarami, Turkami, Kozakami Chmielnickiego, wreszcie z Moskwą, a w krytycznym momencie zaatakował kraj z południa książę Siedmiogrodu, Jerzy II Rakoczy. Król Szwecji wykorzystał tę sytuacją i sam zaatakował. Agonia rozpoczęła się też za sprawą polskiej szlachty, która w tych krytycznych czasach nie chciała już łożyć podatków na wojsko i Rzeczpospolita de facto stała przed szwedzką nawałą otworem. Nie było najmniejszych szans wygrać wojny ze Szwedami, gdy kraj był atakowany ze wszystkich niemal stron. Wojna na kilka frontów była niemożliwa do wygrania.

Rok przed agresją na Polskę, co stało się w roku 1655, na tron szwedzki wstąpił Karol X Gustaw. Obejmował władzę nad krajem biednym i bardzo zadłużonym, w porównaniu z którym Rzeczpospolita Obojga Narodów była ostoją bogactwa. Karol Gustaw miał w Polsce swoim wysłanników i doskonale orientował się w zasobach kraju za południowym wybrzeżem Bałtyku. Prawdziwym powodem działań wojennych było zresztą opanowanie polskiego wybrzeża i bałtyckich portów, co zwiększyłoby handel i napełniło szwedzki skarb pieniędzmi.

Wobec braku wojska, które stawiłoby opór, Rzeczpospolita była całkowicie bezbronna i kraj stanął przed szwedzkim najeźdźcą otworem. Nie mające przeciwnika wojska przetoczyły się przez Polskę niczym walec. Szwedzi zdewastowali 188 polskich miast, zburzyli 81 zamków i pałaców, między innymi na zawsze zamek Krzyżtopór i Ogrodzieniec, które nigdy już nie zostały odbudowane. Także pałace i zamki w Złotowie, Łowiczu, Kruszwicy, Ojcowie, Odolanowie, Mirowie, Nakle i nawet w Wiśniczu. Zdemolowali też w dużym stopniu największe polskie miasta: Warszawę, Lublin, Kraków, Poznań, Toruń, Elbląg. W Warszawie złupili nieomal doszczętnie Zamek Królewski, pałace Ujazdowski i Kazimierzowski oraz rezydencje magnackie.

Do łupiestwa Szwedów jeszcze wrócimy, ale wcześniej warto przypomnieć, że „potop” był także ogromną katastrofą demograficzną dla Rzeczpospolitej. Nie ma na to twardych dowodów, ale historycy szacują, że straty wśród ludności sięgnęły 30 a nawet 40 procent populacji, w przypadku Wielkopolski mówi się o 90 procentach!!!. Warszawa miała stracić 30 procent mieszkańców. Ludność ginęła bowiem nie tylko w wyniku działań wojennych, przede wszystkim z głodu, ponieważ wojsko rekwirowało żywność i wszelkie jej zapasy dla siebie, w myśl zasady, że „wojna sama się wyżywi”. Ogromne żniwo zbierały też epidemie śmiertelnych chorób, które zawsze towarzyszyły dużej liczbie wojsk.

Wracając zaś do plądrowania kraju przez szwedzkich najeźdźców zilustrujemy je obszernymi cytatami z rozmowy z dr Katarzyną Wagner z Instytutu Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego, która zainicjowała projekt skatalogowania poloników znajdujących się i przechowywanych w Szwecji. Rozmowę, opublikowaną w dodatku historycznym Gazety wyborczej przeprowadziła Marta Grzywacz. Na pytanie, jak Szwedzi zorganizowali grabież dr Wagner odpowiedziała, że poprzez swoich agentów i podała konkretny przykład:

Gustaw Wrangel, jeden z generałów szwedzkich, miał swojego – jak go nazywał w listach „kochanego Hansa Filipa”, który donosił mu , co w Warszawie jest godne uwagi. „Kochany Hans Filip” pisał do Wrangla, że w pałacu Ossolińskich są wspaniałe, rzeźbione drzwi. Wrangl się ucieszył, bo właśnie budował sobie rezydencję – pałac w Skokloster, o którym mówi się, że był wzorowany na warszawskim Zamku Ujazdowskim, więc prosił w liście: Tylko pamiętaj, zdemontuj je tak delikatnie, by żaden element nie został zniszczony. Z pałacu Kazanowskich, ponoć najpiękniejszego pałacu ówczesnej Warszawy, dziś skromnego budynku na Krakowskim Przedmieściu, ktoś inny ukradł dwa kamienne lwy, które teraz zdobią przedproża zamku królewskiego w Sztokholmie. Gustaw Adolf, który panował w Szwecji podczas wcześniejszych wojen z Rzeczpospolitą, jako pierwszy na świecie powołał antykwariusza, który miał się zająć katalogowaniem zagrabionych dzieł. Szwedzi od początku wojen, które prowadzili, uczyli się, jak grabić, i stworzyli dobrze zorganizowaną strukturę z podziałem na stanowiska i konkretne zakresy obowiązków. (…) Rabowali wszystko, co miało wartość materialną lub symboliczną. Ich łupem padały z jednej strony dzieła sztuki, precjoza, elementy dekoracji rzeźbiarskich (…) W skromnym, protestanckim kościele przy wspomnianym zamku w Skokloster znajdują się pozłacana, bogato zdobiona ambona i ołtarz przeniesiony w całości z katedry w Oliwie. Na pierwszy rzut oka widać, że to katolicka stylistyka i ołtarz nie został wykonany w Szwecji.

Nie tylko na dzieła sztuki, zabytki i inne cenne przedmioty rzucali się Szwedzi zachłannie. Kradli także przedmioty codziennego użytku, co świetnie ilustruje korespondencja Magnusa Stenbocka, gubernatora okupowanego Krakowa z żoną, która domagała się by przysłał jej polski garnki. Gdy w kolejnej korespondencji upomniała się o garnki odpisał jej zniecierpliwiony, że zamiast garnków wysyła jej futra, skrzynie złota i inny kosztowności, a garnki będzie mogła sobie kupić przecież w Sztokholmie. Szwedzcy najeźdźcy ogołocili też ze zbiorów 67 bibliotek. Na pytanie, dlaczego to robili dr Wagner odpowiedziała:

Ponieważ miały wartość materialną, ale przede wszystkim myśleli o wyposażeniu bibliotek uniwersyteckich w Szwecji. (…) Szwedzi wywozili – i to nie tylko z Polski – przedmioty, które miały herby rodowe. Chodziło o upokorzenie przeciwnika, o przekazanie informacji: „Zabraliśmy wam tożsamość”. Szwedzi zabrali nawet dwa srebrne gwoździe z trumny Władysława IV – po pierwsze dlatego, że były srebrne, a po drugie – bo pochodziły z trumny Władysława IV.

Bodajże rok temu pisaliśmy na tych łamach o rabunkach dzieł sztuki i zabytków znajdujących się w polskich pałacach, bibliotekach i zbiorach magnackich dokonanych przez „przyjaciół Moskali” na ziemiach, które objęli we władanie po trzecim zaborze Polski. Nie byli jedyni. Kto wie, czy Szwedzi nie przewyższyli ich skalą złodziejstwa. Chyba nastał też najwyższy czas, by zacząć żądać, by złodzieje zaczęli oddawać to, co ukradli.

Andrzej Fliss