Złote medale nigdy się nie znudzą

rafal_wilk_medale

Z Rafałem Wilkiem
rozmawiał Krzysztof Pipała.

– Znienawidziłeś żużel?

– Nie. Nie traktuję wypadku sprzed 10 lat jako tragedii, chociaż początki były trudne… Najbardziej nie mogłem zaakceptować tego, że będę potrzebował pomocy innych. Byłem jak małe, bezbronne dziecko. Nie potrafiłem nic przy sobie zrobić. No, ale jak widać gdybym nie jeździł na wózku, to dzisiaj nie byłbym mistrzem olimpijskim czy mistrzem świata. Tak więc, nie ma tego złego…

– A jakiś żal do kolegi Vaculika masz?

– Żużel to sport, w którym takie wypadki się po prostu zdarzają. Nie czuję żalu, do Martina. To mój przyjaciel, z którym często wyjeżdżałem na wakacje. Mieszkał u mnie, kiedy startował w Rzeszowie, teraz też się czasem spotykamy. Zresztą z żużlem pozostałem związany po wypadku, gdyż byłem trenerem tego sportu. Wypadek nie spowodował niechęci czy też nie odrzucił mnie od niego. Nie miałem pretensji, że przez ten sport straciłem władzę w nogach. A obecnie jestem tylko kibicem żużla, gdyż brak czasu nie pozwala mi po prostu na szersze działania.

– Ale chciałbyś jednak stanąć kiedyś na nogi…

– Nie żyję mrzonkami. Jeśli medycyna rozwinie się na tyle, żeby dać mi realną szansę na powrót do zdrowia, spróbuję. W końcu najprościej się jest poddać, a sztuką jest walczyć.

– W żużlu byłeś zawodnikiem niezłym, ale nie najlepszym. W handbike’u nie masz praktycznie równych sobie. Spodziewałeś się, że tak będzie?

– Jestem ambitny i wytrwały. Jeżeli te cechy połączy się z pasją to sukcesy muszą przyjść. Tak w ogóle to po drodze były jeszcze narty. Narciarstwo było moją pasją i częścią życia już wcześniej, przed wypadkiem i bardzo chciałem to kontynuować. Gdy po wypadku pojechałem na narty, wzbudziło to ogromne zdziwienie wśród lekarzy oraz spowodowało niezbyt pozytywne opinie, bo przecież mam złamany kręgosłup. No i narty okazały się idealnym sposobem na powrót do aktywności. A później przyszedł czas na rower. Na rowerze też wcześniej startowałem w maratonach w kolarstwie górskim i byłem mistrzem polski amatorów. Bardzo ważne było dla mnie to, że robię po wypadku, to samo co robiłem wcześniej, choć może w trochę innej formie, bo na rowerze ręcznym – dla mnie jednak nadal był to po prostu rower. Te rzeczy uświadamiały mi, iż nie ma ograniczeń, mimo że jeżdżę na wózku.

– Dużo czasu poświęcasz na handbike?

– Cały. Bardzo ciężko pracuję na sukcesy, ale jest to dla mnie o tyle łatwiejsze, że ze sportem związany byłem przed wypadkiem. Myślę, że  to co wtedy wypracowałem, dużo szybciej teraz wróciło w postaci zdecydowanie lepszej formy. Pomogła mi też determinacja, która jest bardzo ważna w sporcie, bo jeżeli robi się coś na pół gwizdka, lepiej tego nie robić. Jest to systematyczna, ciągła praca z planem treningowym, który jest rozpisany i mocno się tego trzymam. Nawet zimą, choć wydaje się, że nie jeździ się na rowerze, moje treningi odbywają się normalnie. Gdy zacznie się sezon, treningi trwają dalej, a do tego zaczynają się zgrupowania – to wszystko trwa od lutego do października. Ciągle jestem w rozjazdach i do domu wpadam na 2-3 dni przepakować się… Jest to więc spory wysiłek, nic od tak nie przychodzi…

– Ktoś Ci musi pomagać w treningach?

– Oczywiście, to bardzo istotne w sporcie aby prowadził nas ktoś, kto ma o tym pojęcie. Moim trenerem jest Jakub Pieniążek i razem doszliśmy do tych rezultatów w naprawdę szybkim czasie, on zna moją formę i szczyt moich możliwości.

– Taki rower to duży wydatek?

– Spory. Koszt takiego roweru, na którym można byłoby się ścigać, ok. 15 tys. nawet do 40 tys. Złotych.  Mój rower i cały osprzęt, na którym startuję, kosztuje ponad 40.000 zł, więc są to ogromne koszty i to jest między innymi największą blokadą dla osób, które chciałyby spróbować kolarstwa ręcznego. Są to koszty, które niejednokrotnie przewyższają możliwości osób niepełnosprawnych.

– Fundacja „Sport jest jeden” ma temu zaradzić?

– Taką mam nadzieję i dlatego ją powołałem do życia. Chcę by promowała sportowców niepełnosprawnych, pokazywała relacje z tego sportu, umożliwiała do niego dostęp, pomagała pozyskiwać sponsorów. Z własnego doświadczenia wiem, że to wszystko wiąże się z dużymi trudnościami, bo mi na początku mnie też nie było łatwo. Na dofinansowanie tego sportu przez państwo, nie możemy liczyć. Trzeba sobie radzić samemu. Trudno też jest nam o sponsorów, bo sportu osób niepełnosprawnych nie pokazuje się w TV. Nie ma też takiego dofinansowania, jak na sport pełnosprawnych. Sponsorzy, którzy chcieliby pomóc liczą jednak, że ich logo będzie widoczne, w telewizji czy w prasie i tak, koło się zamyka.

– W Londynie w 2012 roku podczas letnich igrzysk paraolimpijskich zdobyłeś dwa złote medale, teraz w Rio zdobyłeś kolejny złoty krążek. Poza tym jesteś 5-krotnym mistrzem świata itd. Nie nudzi Cię to?

– To się nigdy nie może znudzić. Dla każdego sportowca igrzyska olimpijskie czy mistrzostwa świata są wielkim wydarzeniem i przeżyciem. Samo uczestnictwo w nich jest niesamowitym uczuciem, a co dopiero mówić o zdobyciu medalu. To bezcenne chwile, wzruszający moment, wielka radość i duma.

– Jeszcze niedawno w Polsce życie osób na wózku było prawie niemożliwe ze względu na bariery architektoniczne. Teraz to się trochę poprawiło, ale do ideału daleko. Znasz może takie miejsca gdzie niepełnosprawni mają lepiej i wygodniej?

– Stany Zjednoczone. Byłem tam parę razy i człowiek poruszający się na wózku nie musi się zastanawiać, że jak będzie się gdzieś chciał wybrać, to napotka schody, nawet jeżeli są, to znajduje się również podjazd. Byłem w różnych lokalach, klubach i nie spotkałem się z taką sytuacja, bym do któregoś z nich nie mógł się dostać. Jeżeli chodzi o mentalność ludzi, to też jest zupełnie inna, niż u nas – Amerykanie są bardziej otwarci.

– Dużo jeździsz po świecie. Masz jakieś ulubione miejsca, oprócz oczywiście tych gdzie zdobywałeś medale? Dubaj może?

– Owszem, Dubaj to ciekawe miejsce, ale najbardziej urzekła mnie Alaska. Nie jest tak skomercjalizowana, jest piękna i warta zobaczenia.

Fot. www.stalrzeszow.pl