Zmiana specjalizacji złodziei samochodów

str-18-zmiana-specjalizacji

Amatorów łatwego zarobku, czytaj – pochodzącego z kradzieży, nie brakuje w całej Polsce, przy czym ci z wschodnich dzielnic Polski mają inną specjalizację niż ci z zachodnich. Specjalizację dyktuje zagranica. Specjalizacja Wschodu obejmuje kilka intratnych działów, z których w tej chwili najbardziej lukratywny jest przemyt papierosów. Kontrabanda alkoholowa nie przynosi już wielkich profitów od czasu jak cena wódki na Ukrainie zbliżyła się do cen polskich. Niewielki, ale jednak, jest jeszcze biznesik na przemycie spirytusu, jednak coraz trudniej przeszmuglować go przez granicę, bo sito celnych kontroli jest coraz gęściejsze. Przemyt ludzi, bardzo opłacalny, jest równie bardzo ryzykowany. Wschodnia granica Polski jest bowiem także wschodnią granicą Unii Europejskiej i z kasy unijnej wydano sporo pieniędzy na sprzęt, który ją uszczelnił i uczynił trudną do sforsowania. Pozostają więc papierosy.

We wschodnich powiatach kraju ich kupno nie nastręcza najmniejszych kłopotów, a puste paczki po papierosach z Ukrainy lub Białorusi można znaleźć niemal w każdym pojemniku na śmieci. Przemytnicy mają coraz to nowe pomysły na przerzucanie ich przez granicę, a tak nieprawdopodobne pomysły jak wydrążone pnie drewnianych bali, czy chleb (da się w nim schować kilka paczek), to już sposoby zaliczane do klasyki. Najnowsze pomysły to droga powietrzna, czyli domowym sposobem wytwarzane motolotnie, jak ta która co prawda zdołała wystartować z łachy jakiejś łąki po stronie ukraińskiej, ale do granicy nie doleciała. Sądzić należy, że z czasem sposoby powietrznego przerzutu papierosowej kontrabandy zostaną udoskonalone.

Specjalite dzielnic zachodnich nie mogą stanowić papierosy, bo z tamtego kierunku papierosów się nie przywozi tylko tam właśnie wywozi, ale Niemcy są bardziej krajem tranzytowym dla tej kontraband. Celem jest przede wszystkim Wielka Brytania, gdzie przebicie na paczce papierosów wwiezionej do Polski z Ukrainy i przerzuconej na Wyspy jest nawet siedmiokrotne.

Niemcy stanowią jednak eldorado dla polskich złodziei, dla których najbardziej pożądanym towarem są oczywiście samochody. Bo Niemcy to największy rynek samochodowy Europy (jest tam zarejestrowanych około 50 mln samochodów osobowych), jeden z najbogatszych krajów świata, dom ludzi bardzo bogatych, bogatych, ale też żyjących skromnie, na dorobku jak na przykład nowi imigranci. W kraju, którego mieszkańcy reprezentują różne poziomy bogactwa, mamy też różnej klasy i wartości samochody, ponieważ dla współczesnego człowieka, jeśli tylko nie mieszka w Korei Północnej, samochód stanowi podstawowy środek przemieszczania się. Zróżnicowany pod względem zasobności mieszkańców kraj, musi mieć także zróżnicowany cenowo rynek samochodów. I niemiecki rynek samochodowy ma ofertę na każdą kieszeń. Taka sytuacja jest bardzo na rękę złodziejom, ponieważ kradzież mogli dostosować pod możliwości finansowe polskiego klienta. I kradli na potęgę. Wygłodzony za czasów PRL polski rynek samochodowy wchłaniał wszystko. Jeszcze dziś Szwed powie, że jemu wystarcza dacia duster, bo jest tania, wygodna i nie psuje się, ale Polak najchętniej widziałby siebie w mercedesie i to klasy S. Bo klasa samochodu to poziom prestiż. Przynajmniej dla Polaka.

Rynek samochodowy Polski z pierwszych lat 90. musiał zrodzić złodziejska profesję. Niemcy tamtych lat, którzy nie znali polskich realiów i w ogóle ich one nie interesowały, zaczęli mówić, że Polska to kraj złodziei samochodów, bo przypadki znikania z niemieckich ulic samochodów stawały się nagminne. Specjalizowały się w tym gangi z Pomorza i zachodnich dzielnic kraju. Natężenie samochodowego złodziejstwa zaczęło maleć z chwilą wstąpienia Polski do Unii Europejskiej, mimo że 3 lata później otwarte zostały granice. Współpraca policji Niemiec i Polski, a także zunifikowane procedury administracyjne sprawiły, że złodziejom coraz trudniej było i jest zarejestrować skradziony samochód. A skoro trudno zarejestrować, to nie sposób go sprzedać. Coraz trudniej także przeprowadzić go tranzytem przez Polskę i wwieźć na Ukrainę, który to kraj przez wiele lat uznawano za samochodową „czarną dziurę”, w której bezpowrotnie znikały pojazdy skradzione w Niemczech.

Mimo utrudnień złodziejski proceder w branży samochodowej nie ustaje. Bo… Skoro trudno sprzedać kompletny samochód, to łatwiej sprzedać go na części, tym bardziej, że zapotrzebowanie na ten motoryzacyjny towar nie słabnie. Dotyczy zarówno samochodów osobowych, jak i dostawczych. Im droższy skradziony samochód, tym więcej można uzyskać ze sprzedaży części, na które został rozebrany. Nie ma więc miesiąca, by Funkcjonariusze Centralnego Biura Śledczego Policji nie likwidowali jakiejś grupy przestępczej, która kradnie w Niemczech samochody rozbierane w Polsce na części. Proceder kwitnie przede wszystkim w przygranicznych powiatach województw dolnośląskiego, lubuskiego i zachodniopomorskiego, ale „dziuple”, w których znajduje się oczekujące na rozbiórkę pojazdy, znajdowane są także w innych regionach kraju. Ostatnio kilka z nich wykryto w woj. kujawsko-pomorskim, a jednego z „rozbieraczy” przyłapano na prywatnej posesji w Toruniu, akurat gdy demontował luksusową wersję audi Q7.

Terenem „polowań” złodziejskich polskich gangów są najczęściej przygraniczne tereny Niemiec, z których skradziony samochód można błyskawicznie przetransportować do Polski. Zdarza się, że w ciągu kilkudziesięciu minut od kradzieży znajduje się już w polskiej „dziupli”. Ponieważ w ostatnim czasie odnotowano wzrastające kradzieże luksusowych aut niemieckich w Dreźnie i okolicach, policjanci z wrocławskiego zarządu CBŚP nawiązali kontakty z niemiecką policją z tego miasta. Współpraca zaowocowała likwidacją kilku złodziejskich gangów, ale gdy jednej znikają, pojawiają się inni amatorzy złodziejskiego zarobku. W tej sytuacji policjanci z CBŚP z Wrocławia dołączyli do programu LIMES, łączącego siły policyjne z kilku krajów w zwalczaniu kradzieży luksusowych samochodów znanych marek na terenie Niemiec.

Złodzieje będą mieć coraz trudniej, a w Polsce widocznie już mają trudniej, ponieważ liczba skradzionych aut spada. Według danych Komendy Głównej Policji w roku 2017 skradziono w Polsce 10 240 samochodów, o 1,4 tys. mniej niż rok wcześniej. Najwięcej krajowych kradzieży odnotowuje się w Warszawie i jej okolicach, bo aż jedną czwartą wszystkich zanotowanych w całym kraju.

Adam Lasocki