Znachorzy jak pączki w maśle

str-11-znachorzy

Rozalka miała 10 lat, gdy ciężko zachorowała. Matka wezwała na pomoc znachorkę. Znachorka zaordynowała wsadzenie Rozalki do pieca chlebowego na trzy zdrowaśki. Gdy po zdrowaśkach wyciągnięto Rozalkę z pieca, była martwa. To historia z „Antka” Bolesława Prusa. Pisarz opublikował tę nowelę w roku 1880. Sześciomiesięczna Madzia zachorowała niedługo po urodzeniu. Zmarła gdy miała sześć miesięcy, 16 kwietnia 2014 roku. W chwili śmierci ważyła 3,5 kilograma. Zamiast do lekarza, rodzice wozili niemowlę do znachora. Znachor „leczył” dziecko rozwodnionym kozim mlekiem , nieprzegotowaną wodą i kaszką. Madzia zmarła z wycieńczenia głodem. Zdarzyło się to w Nowym Sączu 139 lat po wydaniu przez Bolesława Prusa wspomnianej już noweli „Antek”.

Znachorzy, uzdrowiciele, domorośli kręgarze, szamani, guślarze mają się w Polsce XXI wieku jak pączki w maśle. Są już nie tylko szeptuchy (szamanki) radzące obcięcie choremu kołtuna na rozstaju dróg w księżycową noc, bo nawet w zapadłych wsiach są mydła i szampony i nikt już nie hoduje na łbie kołtuna. Ale są cwaniacy, którzy nakazują przemawiać do wody przed jej wypiciem, bo „przywraca pamięć”, polecają „lewoskrętną witaminę C”, bo ma fenomenalne działanie zdrowotne, a gdy człowieka dopadnie zawał, to nie ma co wzywać „erkę”, tylko wziąć do ręki ostre narzędzie i uciskać nim punkty między ustami a nosem. Te trzy ostatnie rewelacyjne odkrycia terapeutyczne są autorstwa niejakiego Jerzego Zięby, który ma dziś 63 lata, za sobą studia na wydziale budowy maszyn Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, a także peregrynacje za pracą po USA oraz Australii. Nade wszystko olśnienie, że jego misją na tej Ziemi nie jest budowanie maszyn tylko leczenie ludzi, których trzeba uwolnić od tych „bezlitosnych sk…ynów” , którzy mają „mózgi z licencją na zabijanie”, jak elegancko pan Zięba recenzuje ludzi z dyplomem lekarskim.

Jerzy Zięba wszedł do świata chorych i szukających nadziei Polaków dwoma tomami książki pt. „Ukryte terapie”. Szybko znalazła się na liście bestsellerów, a otumanione wydawniczym sukcesem stacje radiowe i telewizje śniadaniowe zaczęły zapraszać autora do swoich programów. Podczas rozmowy dziennikarze jak ognia unikali oczywiście nazwania Zięby tym kim jest, czyli znachorem. Zięba mówił, że uważa siebie za „publicystę zdrowotnego” , bo jedynie propaguje zdrowe sposoby odżywiania, ale w maju bieżącego roku, na wniosek rzecznika praw pacjenta, policja weszła do jego sklepu i zaaresztowała znajdujące się w nim specyfiki. Najście policji Zięba relacjonował na żywo w Internecie. W sieci natychmiast pojawiły się całe zastępy jego obrońców, wśród których znaleźli się i tacy, którzy uważają go za „jednego z najwybitniejszych Polaków naszych czasów, ratujących życie…”.

Taką samą glorią swoich wyznawców cieszy się sprawca śmierci wspomnianej na wstępie półrocznej Madzi, Marek Haslik. Jest z zawodu kierowcą, był także magazynierem, nie ma najmniejszego wykształcenia medycznego, ale ma charyzmę, która pozwoliła mu zebrać wokół siebie spore grono ludzi. Nazywał siebie „bożym człowiekiem”, bo w lesie ukazała mu się Matka Boska, więc ma „dar od Boga”, a oni mu uwierzyli i mimo uśmiercenia małej Madzi, z uporem przy nim trwają. Ci, którzy obserwują Haslika i jego wyznawców z dystansu, twierdzą, że owe relacje, wypisz wymaluj, są charakterystyczne dla sekty. Przez wiele lat wyznawcy „bożego człowieka” Haslika, który między innymi trawę ze swojego ogródka pakował w woreczki i sprzedawał jako lek po 100 za sztukę, spotykali się w jednym z domów w Nowym Sączu. Haslik prowadził tam uzdrawiające seanse, a jego wyznawcy organizowali msze w intencji tego „bożego człowieka”.

Haslik i Zięba to modelowe przykłady świetnie sobie radzącej we współczesnej polskiej rzeczywistości armii znachorów. Słowa „armia” nie jest w tym przypadku przesadne. Na portalu rynekaptek.pl można wyczytać, że od początku XXI wieku liczba ludzi zajmujących się w Polsce leczeniem lub poradnictwem medycznym, którzy nie mają do tego żadnych uprawnień, urosła do ok. 100 tysięcy. Czyli w ciągu 18 lat podwoiła się. Ale to jeszcze nie wszyscy, ponieważ są uzdrowiciele działający pokątnie, poza ewidencją. Ich liczba jest jednak trudna do ustalenia, przy czym szacuje się, że jednak bardzo liczna.

Skoro jest tylu szamanów, to musi być rynek na ich usługi. I ten rynek jest. Pięć lat temu zajął się usystematyzowaniem tegoż rynku GUS. Jego statystykom wyszło z przeprowadzonych badań, że z niemedycznych metod leczenia korzysta w Polsce około 1,5 miliona osób. Nie jest to abstrakcją, ponieważ w internecie szerzą się oferty pozamedycznego uzdrawiania, a działające w sieci sklepy z paralekami czynią z ich właścicieli ludzi nieprzeciętnie majętnych.

Dr Paweł Grzesiowski, immunolog, specjalista terapii zakażeń, mówi, że „Medycyna jest jedna, Taka, która leczy. Oparta na dowodach naukowych”. Znachorzy i guślarze bazują natomiast na tradycjach „medycyny ludowej”, która funkcjonowała na obszarze całej Polski w czasach, gdy dostęp do medycyny opartej na zdobyczach nauki, mieli nieliczni. Toteż nie dziwi, że bardzo duży procent Polaków i to bez względu na wykształcenie, przyznaje się do stosowania metod ludowych w leczeniu reumatyzmu i zajadów, jęczmienia i brodawki, także wielu innych dolegliwości. To wiedza przekazywana z pokolenia na pokolenie. Gdy znajomy lekarz wszedł do pokoju ciężko przeziębionego pacjenta, którego babcia kurowała mlekiem z miodem i czosnkiem, powiedział, że lepszy efekt przyniesie kilak pigułek polopiryny. Ale babcia wiedziała lepiej, bo tak kurowała ją jej babcia, a babcię babci prababka.

Pole do opisu znachorom daje też, a może nade wszystko, obecna sytuacja związana z dostępnością do lekarza. Powtarza się sytuacja z pierwszych dekad poprzedniego stulecia, gdy dostęp do nich mieli jedynie wybrani. Gdy człowiek jest chory, a na wizytę u lekarza musi czekać miesiącami, łapie się różnych sposobów, by zaradzić pogarszającemu się zdrowiu. Znachor poświęca czas człowiekowi, który przyszedł do niego po pomoc, jest miły, serdeczny, szanuje jego godność, podczas gdy lekarz medycyny ma dla pacjenta 10 minut, jest oschły, wyzbyty empatii, traktuje pacjenta nie jak człowieka szukającego u niego pomocy, lecz jako anonimową i odczłowieczoną „jednostkę chorobową”.

W tej sytuacji różnej maści znachorzy doskonale lokują się w luce spowodowanej długim oczekiwaniem na wizytę lekarską i bezosobowym traktowaniem pacjenta. Tym bardziej, że od czasu do czasu, czego zawodowi lekarze nie kwestionują, zdarzają się pojedyncze przypadki poprawy stanu zdrowia pacjenta leczonego metodami medycyny niekonwencjonalnej. Najszerzej i najintensywniej takie przypadki są kolportowane z ust do ust wśród pacjentów oczekujących w przychodniach na wizytę u lekarzy z dyplomem akademii medycznej. W kwestii zdrowia szeptana propaganda ma bardzo szybki i duży rezonans, na którym najwięcej zyskują znachorzy. Najwięcej tracą natomiast chorzy. Przede wszystkim ci, którzy pod wpływem znachorów zarzucają kurację medyczną, a do lekarzy wracają wtedy, gdy jest już dużo za późno.

Krzysztof Pipała