Znikający Falenta

str-23-falenta

Marek Falenta to główny „macher tak” afery zwanej „podsłuchową” lub „taśmową”, która, jak mówi się w mediach, „wysadziła” Platformę Obywatelską ze zwycięstwa w wyborach w 2015 roku. Wszystko zaczęło się w czerwcu 2014 po opublikowaniu w tygodniku „Wprost” stenogramów z nielegalnie podsłuchanych rozmów polityków, ministrów, prezesów NBP i NIK oraz przedsiębiorców. Nagrań dokonywano od lipca 2013 do czerwca 2014 roku w kilku warszawskich lokalach, z których najsłynniejszymi były restauracje „Sowa i Przyjaciele” oraz „Amber Room” w Pałacyku Sobańskich.

Na nagraniach nie było żadnych rewelacji, żadnego ujawnienia tajemnic państwowych, żadnych wycieczek osobistych pod adresem rywali ze sceny politycznej. Ot, spotykali się panowie, którzy zajmowali wysokie stanowiska w rządzie oraz państwowych instytucjach i w luźnej rozmowie wymieniali uwagi o kondycji polskiego państwa. Największą rewelacją było to, że od czasu do czasu rzucali jakimś przekleństwem, a największym grzechem, że jeden z nich uwielbiał ośmiorniczki, a kilku zapłaciło za zamówione dania służbowymi kartami płatniczymi. To były płatności liczące kilkaset co najwyżej złotych i niewątpliwie naganne. Nijak się jednak mają do dzisiejszych wydatków bonzów PiS.

Afera została perfekcyjnie rozdmuchana w mediach przez PiS, szef tej partii domagał się ustąpienia rządu, prawicowe media nieustannie powielały niemal te same informacje o kompromitacji członków rządu Donalda Tuska, usłużni komentatorzy dolewali oliwy do ognia, chodziło o to, by ognisko za wcześnie nie wygasło i dociągnięto jego płomień do wyborów. Histeria prawicowych mediów i polityków sięgnęła zenitu i 25 czerwca premier Donald Tusk złożył w Sejmie wniosek o wotum zaufania dla rządu, który uzyskał. Kaczyńskiemu, który niczego wżyciu nie zbudował, ale wiele rzeczy zniszczył, zależało jednak na podtrzymywaniu chaosu i następnego dnia PiS złożył wniosek o konstruktywne wotum nieufności dla rządu i jako premiera wskazał Piotra Glińskiego. 11 lipca Sejm wniosek odrzucił. 1 grudnia 2014 r. Donald Tusk objął urząd przewodniczącego Rady Europejskiej, premierem została Ewa Kopacz. Sześć miesięcy później, też w czerwcu, ale już w roku 2015, egzotyczny nawet jak na polskie warunki biznesmen o nazwisku Zbigniew Stonoga opublikował na Facebooku ponad 3 tys. zdjęć fotokopii akt z postępowania w sprawie podsłuchów. Skąd je miał, nie wiadomo, ale dziennikarze ujawnili, że oficjalną zgodę na wykonanie fotokopii akt miało co najmniej kilka osób, w tym zarówno podejrzani jak i poszkodowani, a także pracownicy prokuratury i ABW. Ile osób zrobiło to nieoficjalnie i bez zgody, do dziś nie wiadomo. Chaos trwał, PiS cały czas dolewał oliwy do ognia i tak dociągnął do wyborów, które między innymi dzięki tej nadmuchanej aferze wygrał.

29 grudnia 2016 r. warszawski Sąd Okręgowy wydał wyrok w sprawie 4 osób, które zostały oskarżone o założenie nielegalnych podsłuchów. Dwaj kelnerzy, którzy zajmowali się sprawami „technicznymi”, czyli instalowaniem sprzętu podsłuchowego itp. zostali skazani na 10 miesięcy w zawieszeniu na 3 lata oraz na kary grzywny, natomiast za głównego sprawcę podsłuchów sąd uznał Marka Falentę, przedsiębiorcę zajmującego się handlem rosyjskim węglem. Jest jeszcze czwarty oskarżony w tej sprawie, którego tożsamości nie podano do wiadomości publicznej. Sąd odstąpił od wymierzenia mu kary, zobowiązując jedynie do wpłacenia 50 tys. zł na cel społeczny. Adwokaci Marka Falenty przez dwa lata składali wnioski o wstrzymanie wykonania kary, sam skazany bywał na warszawskich salonach roztaczając wokół siebie aurę człowieka, któremu żaden sąd nie może niczego nakazać, ale po dwóch latach kruczki prawne się wyczerpały.

31 stycznia br. warszawski Sąd Apelacyjny podtrzymał stanowisko sądu okręgowego, który orzekł kilka miesięcy wcześniej, że Falenta może iść do więzienia i Marek Falenta zniknął.

Mimo wyroku sądu wiele osób uważa, że afera podsłuchowa nie została wyjaśniona do końca i nie wiadomo, czy kiedykolwiek do tego dojdzie. Już sam fakt, że sąd postanowił nie ujawniać tożsamości jednej z zaangażowanych w nią osób, dowodzi, że są sprawy, o których opinia publiczna wiedzieć nie powinna. Co wiemy na pewno?

Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba wcześniej zadać sobie inne – komu afera przyniosła korzyść? Odpowiedź jest znana – najbardziej zyskało na niej Prawo i Sprawiedliwość. Grając nutą niemoralnego postępowania członków rządu PO-PSL Kaczyński i jego akolici postponowali przeciwników politycznych, wywoływali i podtrzymywali chaos i w konsekwencji afera okazała się tej partii bardzo pomocna w wygraniu wyborów. Co bardzo charakterystyczne – na żadnym z kilkudziesięciu nagrań nie ma choćby jednego polityka PiS. Zniknięcie Mark Falenty i aż nadto widoczna gołym okiem niechęć organów ścigania do wyciągnięcia go z kryjówki, nasuwa przypuszczenie, które podziela wiele osób, że policja ma go tak ścigać, aby go nie złapać. Tę teorię uprawdopodabnia kilka faktów.

Ostateczny wyrok, że Falenta musi odsiedzieć 2,5 roku w więzieniu zapadł 31 stycznia br. Następnego dnia, czyli 1 lutego, sąd okręgowy wystawił policji nakaz doprowadzeni Falenty, ale policja twierdzi, że dotarł do niej dopiero 6 lutego. Policjanci szukali go w ten sposób, że zapukali do jego domu w Konstancinie i zaglądnęli do kilku miejsc, w których, jak powiedzieli, „mógł być”. Sprawdzili też podobno wszystkie szpitale psychiatryczne w kraju, bo Falenta nie chciał iść do kryminału ze względu na „zły stan psychiczny”. 21 lutego sąd okręgowy uznał, że policja słabo wywiązuje się ze swoich obowiązków, wysłał więc do niej ponaglenie, by się sprężyła w poszukiwaniach, a 26 lutego dwaj posłowie PO (Cezary Tomczyk i Paweł Olszewski) zaapelowali do ministra spraw wewnętrznych, Joachima Brudzińskiego, by objął poszukiwania osobistym nadzorem. Inercja organów ścigania była już nie tyle widoczna, co wręcz kompromitująca i postawiony od ścianą Brudziński musiał zareagować. Następnego dnia policja poprosiła więc sąd o wystawienie listu gończego, co sąd uczynił następnego dnia. I z tą chwilą Falenta zapadł się pod ziemię.

Sprężenie się policji wygląda w ten sposób, że list gończy ilustruje zdjęcie Falenty sprzed kilku, a być może nawet kilkunastu lat, na którym nawet jego dobrzy znajomi nie za bardzo są w stanie go rozpoznać. Policja nie wystąpiła też do sądu z wnioskiem o wydanie Europejskiego Nakazu Aresztowania. Prowadzący sprawę niejaki komisarz Marczak twierdzi, że zrobi to dopiero wtedy, gdy policja potwierdzi, że Falenta przebywa za granicą. Ale takiego wymogu nie ma, bo wniosku o wydanie ENA nie trzeba uprawdopodabniać.

Były wysoki rangą policjant stwierdził w wypowiedzi dla tygodnika POLITYKA: Policja nie potrafiła go upilnować, a mówimy o osobie skazanej na 2,5 roku więzienia w bardzo ważnej z punktu widzenia państwa sprawie. Nie znam podobnego tak głośnego przypadku osoby z wyrokiem, której pozwolono by uciec. Bo tak trzeba na to patrzeć – nie że Falenta się ukrywa, ale że państwo go wypuściło. Sprawa ewidentnie śmierdzi.

Grzegorz Rzeczkowski, dziennikarz Polityki pisze: Podobnych głosów można usłyszeć więcej. Powtarza się w nich opinia, że w prokuraturze i w policji nie ma determinacji do odnalezienia człowieka, który na długo przed wybuchem afery kontaktował sie z ludźmi z Nowogrodzkiej (siedziba partii PiS).

I cytuje kolejnego pracownika służb: Za kratami mógłby mu się trafić słabszy dzień, zacząłby mówić o czymś, czego nie chciał wyjawić podczas śledztwa i procesu (Falenta odmówił składania zeznań w trakcie procesu), więc wygodniej trzymać go na wolności.

Sprawa Falenty ma jeszcze drugie i trzecie dno. To powiązania Falenty z ludźmi rosyjskich służb specjalnych.

Wojciech Sandecki