Żużel – miłość od pierwszego wejrzenia i do końca życia

str-24-czesiek

Z Czesławem Czajkowskim, byłym żużlowcem Karpat Krosno, a obecnie właścicielem zakładu samochodowego Polstar Collision Ltd w Surrey, rozmawia Krzysztof Pipała

– Od 30 lat mieszkasz w Kanadzie, więc z żużlem na codzień się nie stykasz. Czy wciąż interesujesz się co słychać w czarnym sporcie?

– Oczywiście, jestem na bieżąco i z polską ligą i z Grand Prix, podobnie zresztą jak moi synowie. Inauguracja sezonu w Polsce tuż tuż, więc już szykuję sie do kolejnych emocji.

– Jak to się stało, że zostałeś zawodnikiem?

– Żużlem zaraził mnie mój tata, wielki fan tego sportu. Pochodzę z podkrośnieńskiego Rymanowa i kiedy w 1956 roku w Krośnie powstała sekcja żużlowa w klubie Legia jeździliśmy z tatą na każdy mecz. Później, kiedy już byłem zawodnikiem, klub nazywał się KKS Karpaty. Jako mały chłopak w czasie zawodów zawsze stawałem blisko wirażu żeby lecące drobiny żużla leciały prosto w moją twarz i we włosy. Po zawodach cały byłem umorusany jakbym brał w nich udział. Poza tym zapach spalanego metanolu działał na mnie jak narkotyk. Nic zatem dziwnego, że kiedy w wieku 16 lat, w 1963 roku zdałem na motocyklowe prawo jazdy czym prędzej udałem się do klubu żeby zapisać się do szkółki żużlowej.

– Poszło gładko?

– Ależ skąd! Okazało się, że prawo jazdy to nie wszystko. Potrzebne były też badania lekarskie, z którymi akurat nie było problemu, oraz… zgoda rodziców. I to niestety wydawało się zaporą nie do przejścia.

– Dlaczego? Mówiłeś, że ojciec był fanem żużla.

– Owszem był. Ale o tym żebym ja jeździł, nie chciał nawet słyszeć.

– Jak więc go przekonałeś?

– Nie przekonałem. Musiałem to załatwić inaczej. W sekcji piłkarskiej bramkarzem był mój starszy kuzyn Zbyszek Kilar i właśnie jego poprosiłem o pomoc jako, że był w klubie uznaną postacią. Początkowo nie bardzo chciał, ale po moich usilnych namowach się zgodził. W sekretriacie powiedział, że jest moim opiekunem i że wyraża zgodę na moje szkolenie. I jakoś to przeszło.

– Kiedy wsiadłeś na motocykl?

– Nie tak od razu. Najpierw było czyszczenie motocykli starszych zawodników, potem można było motocykl popchać żeby zapalił, a potem tzw. sucha zaprawa. Suma summarum tak naprawdę zacząłem trenować na motocyklu w 1965 roku.

– Jak liczna była szkółka?

– Zaczynało około 20 chłopaków. Do licencji dotrwało nas dwóch – Janek Luśnia i ja.

– Czyli to jest sport dla wytrwałych…

– Jasne. Ja tak bardzo chciałem jeździć, że nic nie było w stanie mnie zniechęcić.

– Na jakich motorach jeździło sie wówczas?

– Ci najlepsi mieli Jawy. Reszta ścigała się na FIS-ach. To była polska produkcja z WSK Rzeszów. FIS-y miały 45 KM czyli aż o 15 mniej niż Jawa. Ale ja byłem szczęśliwy, że w ogóle mogę się ścigać.

– Jak sądzę swój debiut pamiętasz doskonale.

– Oczywiście. Było to w niedzielę, 10 września 1967 roku na torze w Krośnie, w meczu z Kolejarzem Opole. Kilka godzin przed zawodami zdałem egzamin na licencją żużlową i w tym samym dniu nastąpił mój debiut.

– A ojciec był na meczu?

– Tak, oczywiście. Nie dało się przecież na dłuższą metę ukryć tego, że trenuję. Ale na meczu oprócz ojca i jego znajomych była obecna niemal cała moja szkoła. Byłem wówczas uczniem Technikum Przemysłowo-Pedagogicznego w Krośnie i tam wszyscy wiedzieli, że jeżdżę w Karpatach Krosno, więc kiedy miał nastąpić mój debiut wszyscy gremialnie stawili sie na stadionie. Możesz sobie wyobrazić jaką miałem tremę…

– No i jak poszło?

– W pierwszym swoim wyścigu startowałem spod bandy, z czwartego toru. Trochę zaspałem na starcie, ale z biegiem okrążeń przedarłem się już na drugą pozycję. Niestety ambicja i brawura połączone z jeszcze zbyt małym doświadczeniem spowodowały, że wjechałem w jakąś dziurę, po czym wyleciałem w powietrze jak z katapulty i spadłem na tor jak… żaba. Uderzenie było na tyle mocne, że mnie zatkało i straciłem przytomność. Mój tata na trybunach też o mało jej nie stracił. Karetka po mnie przyjechała, a z FIS-a nie było co zbierać. Na szczęście w parkingu dość szybko doszedłem do siebie i obyło się bez żadnych złamań.

– Co było dalej?

– Jeżdżący trener i nasz najlepszy zawodnik, Roman Gąsior, przyszedł do mnie i powiedział: „Czesiu na dzisiaj to już raczej tyle. Już nie pojedziesz”. A ja na to, że już się dobrze czuję i że muszę koniecznie, bo przecież cała szkoła mi kibicuje. Zlitował się nade mną i dał mi jeszcze jedną szansę. I co ważniejsze, dał też swój motor. Pojechałem i przyjechałem trzeci. Zdobyłem swój pierwszy punkt. A w tym meczu, w drużynie przeciwnej jechał m.in Jerzy Szczakiel, późniejszy mistrz świata. I on zdobył wtedy tylko 4 punkty. Tak więc debiut może nie wymarzony, ale w sumie udany.

 

str-24-czesiek1

– A jak zakończyłeś przygodę z żużlem?

– No, niestety, dość szybko, bo po już po dwóch sezonach. W 1969 roku w Krośnie rozwiązano sekcję i tak moja przygoda ze speedwayem się zakończyła.

– A co się stało, że trzeba było sekcję rozwiązać?

– Oczywiście poszło o pieniądze. Żużel to bardzo drogi sport. Tak jest teraz i tak było wtedy. Drogie paliwo, drogi olej, a jeżeli nie ma sponsora to nie ma szans na jazdę. Banał.

– Mogłeś jeździć gdzie indziej…

– Teoretycznie tak. Ale w praktyce chodziłem jeszcze do szkoły i nie stać mnie było na to żeby ją rzucić i iść w nieznane…

– A co sądzisz o dzisiejszym żużlu?

– Nadal kocham ten sport, ale czasem mam mieszane uczucia. Bo tak na prawdę to wszystko się zmieniło. Inne motory, inne kombinezony, inne tory. Jedyne co się nie zmieniło to jazda we czterech przez cztery okrążenia i ta niesamowita adrenalina, którą czują przede wszystkim zawodnicy, ale także kibice.

– Masz jakichś ulubionych zawodników?

– Z polskich to Jarek Hampel i Maciek Janowski. Z zagranicznych Greg Hancock. Oni jeżdżą jak dżentelmeni i to mi się bardzo podoba. Jest bowiem wielu takich cwaniaków, którzy grają nieczysto. A to podpuszczają rywala na starcie żeby wjechał w taśmę, a to zbyt ostro atakują na torze. A ja lubię ostrą rywalizację, ale żeby była do końca fair.

– Generalnie, mimo, że mieszkasz w Kanadzie gdzie żużel jest praktycznie nieznany, jesteś przy nim całe życie.

– Tak, bo żużel to moja miłość od pierwszego wejrzenia i do końca życia…